Nieprzyjemny dreszcz przeszył jego ciało. Historia brzydka, straszna, brutalna. Nikt nie powinien tak traktować drugiego człowieka - co dopiero dziecka. Zdawał sobie sprawę z tego, że Flynna porzucili rodzice - wspomniał o tym raz, może nawet dwa. Przewinęło się to gdzieś w tym całym poczuciu strachu i wylewanych emocjach, między słowami potrzebnymi mniej i bardziej. Dzisiaj nie wybrzmiało - dzisiaj zostało wypisane na jego własnej skórze. Gdyby w palcu miał atrament to właśnie zamieniłby swoją skórę w historię życia. Nie była nim już? Płótnem, które przyjęło wiele opowieści wyrażonych w tatuażach i bliznach. Ta historia była tego początkiem. Albo zły początek miał jeszcze miejsce, zanim dziecko zostało wyrzucone na bruk - tak, jak pies. Dokładnie jak szczenię, które wyrosło za bardzo, żeby się nim cieszyć. Poniekąd Flynn miał szczęście - przygarnęła go rodzina. Może i dysfunkcyjna, ale jednak jakaś rodzina. Osoby, które dawały mu jeść, spać i ubrać się w cokolwiek. Pewnie musiał być dla nich użyteczny. Więc uczył się, jak mógł pracować dla cyrku. Taka szkoda... Flynn był taki inteligentny. Mógłby osiągnąć tak wiele, stać się kimś..! Na pewno? W tych niespokojnych czasach, w których Śmierciożercy chcieli zniszczyć każdego, kto nie był czystej krwi?
Ten uparty jak osioł człowiek nadal tak bardzo chciał. Nie chciał sobie pomóc, żeby przez to pomóc innym, nie. On chciał. Co to miało udowodnić? Naprawdę to miało udowodnić miłość? Obejmował go pod tą kołdrą, wrócił do głaskania go w chwili przerwy. Bo kiedy kreślił litery wysilał się, by nie przegapić ani jednej. To trwało. To kreślenie trwało, a on czuł ten charakterystyczny uścisk mówiący o irytacji. Nie przekazem, a jego długością. To nie drażniło go mentalnie, to zaczynało się w bardziej pierwotnej stopie - ciele. Teraz to rozumiał o wiele lepiej. Nie chciał jednak przerywać tej chwili - chciał poznać całą historię. Wszystko, co było tu do napisania, chociaż przy końcówce coraz trudniej było mu po prostu leżeć pod tą kołdrą. Pod którą było mu zresztą jakoś za ciepło, ale nie ruszył się na tyle, żeby ten fakt zmienić jakkolwiek. Żeby się poprawić. W tym wszystkim najbardziej myślał o tym i przejmował się tym, że Flynn nie chciał dać sobie pomóc. Ale w ciągu dalszych myśli wpadło do niego to, co zostało powiedziane na samym końcu. Nie męczysz mnie. Adoruję cię, lubię, kocham, kochaj mnie też. Widzisz przed sobą problemy do rozwiązania, a nie dostrzegasz płatków kwiatów rozsypanych pod nogami. Czasem czuł się tak jak wtedy. Jak wypchnięte dziecko z auta, które musi za kimś biec. Ten szereg problemów, z jakimi Flynn się musiał zmagać był bardzo trudny. Uzmysłowił sobie, że tonie w tak głębokim zamyśleniu, że Flynn może to zaraz uznać za coś niedobrego, więc przerwał ciszę ze swojej strony.
- Nie wiem, czy bez pomocy jesteśmy sobie poradzić z twoimi traumami, ale liczyłem się z tym od początku i gotów byłem spróbować. Nadal chcę próbować. - Zrobił malutką pauzę. - Od razu uprzedzę: słyszę, albo raczej - czuję - co do mi przekazujesz. Spoglądam na to pragmatycznie... - Tutaj na moment się zawiesił i spojrzał na Flynna, czy rozumie, co to za nowe "mądre słowo". Bo jak nie, to w tym punkcie wystąpiło wyjaśnienie, zanim kontynuował. - Nie wiem, co będzie za 10 lat, ale mam wyobrażenie tego, gdzie chcę się znaleźć za miesiąc, rok i dwa. Jesteś zawarty w tych wizjach przyszłości. Zdaję sobie sprawę z tego, że emocje to twój główny sposób komunikacji, wyrażany w słowach czy dotyku. Potrafisz je wyrażać w sposób wstrząsający do cna, aż zapisuje się w kościach. Nie ufam jednak za bardzo gwałtownościom chwil, bo to się rozpływają, a potem ludzie znajdują kogoś innego i... już ich nie ma. Wierzę w czas, bo to on daje mi logiczne argumenty, że to nie jest tylko kaprys chwili. - Zastanowił się odrobinę, więc znów była mała pauza. - Chcemy tego samego. - Uśmiechnął się. - Chcę tego od ciebie i chcę, żebyś ty też wiedział, że cię nie zostawię. Żebyś w chwilach zwątpienia wiedział, że cię wybrałem i wybieram. Twoja rodzina cię porzuciła, ale teraz ja mogę być twoją rodziną.