12.02.2025, 20:13 ✶
Uśmiechnął się. Smutno, ale przecież tego uśmiechu nie było wcale widać. Może jedynie powietrze, jakie wypuścił przy tym z nosa, obiło się o jego szyję i uświadomiło go w tym, że Crow się z tego powodu jakoś ucieszył.
L u b i ę k i e d y r z e c z y s ą i n t e n s y w n e. M o ż e d l a t e g o c z a s a m i z a b a r d z o u l e g a m c h w i l i. P r z e p r a s z a m. N i e j e s t e m i d e a l n y. A l e t o c o c i m ó w i ę j e s t p r a w d z i w e. J e ż e l i k t o k o l w i e k z a p y t a m n i e o t o z k i m d z i e l ę s w o j e ż y c i e i k o g o k o c h a m b ę d z i e s z t a m t y l k o t y. C h c ę b y ć t w o j ą r o d z i n ą. T y m k t ó r y p r z y t o b i e z o s t a n i e.
Czuł się źle z faktem, że w ogóle go o czymś takim zapewniał. Że to, w jaki sposób żył zmuszało w ogóle do zaistnienia takich zapewnień, tłumaczeń... Od zawsze stwarzało to w nim poczucie głębokiego wybrakowania. Nikt przecież czegoś takiego nie nazwał inaczej niż zwykłe kurestwo, nie miał żadnego punktu odniesienia, żadnego wzoru, którego istnieniem mógłby się sugerować. Miał tylko tego połamanego, bardzo nieprzyjemnego siebie ociekającym wadami tak, jakby się w nich właśnie wykąpał i ledwo wychylił się z wody. Jego mimikę przejęło więc dogłębne uczucie wstydu. Chował się jeszcze chwilę w bezpiecznej strefie jego szyi i dopiero kiedy ten wstyd uleciał chociaż odrobinkę, podczas gdy gładził palcami jego skroń i żuchwę, odważył się podnieść.
Sam lubił ten widok. Kiedy Laurent podnosił się rankiem i jego obraz był w tych popsutych oczach taki rozmyty, kiedy promienie słońca otaczały jego głowę jak aureola, a on był taki piękny, taki czysty, tak jaśniał i jaśniał i wydawał się jaśniejszy, niż cokolwiek co go otaczało. Założył, że nawet z roztrzepanymi włosami musiał wyglądać przynajmniej odrobinę podobnie, ale to nie była prawda. Mylił się! Bo nie było w nim ani trochę arystokratycznej nuty, nie było w nim nic z takiego bogatego paniczyka pełnego ogłady, mówiącego harmonijnym głosem, panującego nad tym czy i jak wyginały się jego brwi i kąciki ust. Podróbka Laurenta, która usiadła obok podróbki Flynna, miała w sobie niebotyczne pokłady kobiecej zadziorności. Nie miał prostych pleców - jedno z ramion znajdowało się wyżej, przekrzywiał bark. Opierając rękę przy jego udzie i puszczając nogi prostopadle do jego, zakopując je w pościeli, wyglądał trochę, jakby opierał się o jakiś bar, w którym zamówił kolejnego, absurdalnie słodkiego drinka, którego za moment wypije przez zakręconą słomkę i pobrudzi ją czerwoną jak krew szminką. Mięśnie twarzy też miał spięte, trochę jakby rzucał światu wyzwanie, ale zmrużone powieki wyraźnie odejmowały mu agresji. Była w tym zalotność. Obserwował go z tej pozycji dłuższą chwilę, bawiąc się guzikami własnej piżamy.
Spróbował coś powiedzieć. Dźwięk zabrzmiał bardzo szorstko, więc szybko wrócił do mówienia na granicy szeptu. A skoro musiał szeptać, położył się znów, tuż obok, tak żeby mu móc złożyć kilka pocałunków na rozgrzanej szyi i znowu odwieść jego myśli od problemów w jakimś innym kierunku.
- Wiem, że lubisz takie rzeczy - nie mówił oczywiście o tym co widział przed sobą, jednak zrobił krótką przerwę na to, żeby odgarnąć z czoła roztrzepane kępy włosów - ale nie chcę, żebyś w tym kopał. Nie będziesz? - Potarł mu palcami policzek. - Pytałeś mnie, jak się nazywam. Jak masz do mnie mówić. Oto twoje odpowiedzi. Matka nazwała mnie Fleamont. To czarodziejskie imię. Bellowie nazwali mnie Flynn, bo to łatwiej krzyknąć. Sam siebie nazwałem Crow, bo się chciałem odciąć od przeszłości, a moim duchowym przewodnikiem jest kruk. Ona nazwała mnie szczurem. Mówiła mi, że są inteligentne, ja nigdy w to szczególnie nie wierzyłem. John nazywa mnie Monty. Wpisałem to imię w prawie jazdy, wypełniając wniosek na poczcie. Wymyśliłem imię Edge, żeby schować się za maską i Florence, żeby ukryć się w innym ciele. Ludzie nazywali mnie różnie, ale nikt nigdy nie zapytał mnie, jak chcę być nazywany. Chyba byłem dla ciebie wtedy wredny, bo się tego zwyczajnie wystraszyłem. Wiesz... - zaśmiał się ochryple, nie brzmiało to dobrze zestawione z tak delikatnym szeptem - ja lubię pieszczotliwe określenia.
L u b i ę k i e d y r z e c z y s ą i n t e n s y w n e. M o ż e d l a t e g o c z a s a m i z a b a r d z o u l e g a m c h w i l i. P r z e p r a s z a m. N i e j e s t e m i d e a l n y. A l e t o c o c i m ó w i ę j e s t p r a w d z i w e. J e ż e l i k t o k o l w i e k z a p y t a m n i e o t o z k i m d z i e l ę s w o j e ż y c i e i k o g o k o c h a m b ę d z i e s z t a m t y l k o t y. C h c ę b y ć t w o j ą r o d z i n ą. T y m k t ó r y p r z y t o b i e z o s t a n i e.
Czuł się źle z faktem, że w ogóle go o czymś takim zapewniał. Że to, w jaki sposób żył zmuszało w ogóle do zaistnienia takich zapewnień, tłumaczeń... Od zawsze stwarzało to w nim poczucie głębokiego wybrakowania. Nikt przecież czegoś takiego nie nazwał inaczej niż zwykłe kurestwo, nie miał żadnego punktu odniesienia, żadnego wzoru, którego istnieniem mógłby się sugerować. Miał tylko tego połamanego, bardzo nieprzyjemnego siebie ociekającym wadami tak, jakby się w nich właśnie wykąpał i ledwo wychylił się z wody. Jego mimikę przejęło więc dogłębne uczucie wstydu. Chował się jeszcze chwilę w bezpiecznej strefie jego szyi i dopiero kiedy ten wstyd uleciał chociaż odrobinkę, podczas gdy gładził palcami jego skroń i żuchwę, odważył się podnieść.
Sam lubił ten widok. Kiedy Laurent podnosił się rankiem i jego obraz był w tych popsutych oczach taki rozmyty, kiedy promienie słońca otaczały jego głowę jak aureola, a on był taki piękny, taki czysty, tak jaśniał i jaśniał i wydawał się jaśniejszy, niż cokolwiek co go otaczało. Założył, że nawet z roztrzepanymi włosami musiał wyglądać przynajmniej odrobinę podobnie, ale to nie była prawda. Mylił się! Bo nie było w nim ani trochę arystokratycznej nuty, nie było w nim nic z takiego bogatego paniczyka pełnego ogłady, mówiącego harmonijnym głosem, panującego nad tym czy i jak wyginały się jego brwi i kąciki ust. Podróbka Laurenta, która usiadła obok podróbki Flynna, miała w sobie niebotyczne pokłady kobiecej zadziorności. Nie miał prostych pleców - jedno z ramion znajdowało się wyżej, przekrzywiał bark. Opierając rękę przy jego udzie i puszczając nogi prostopadle do jego, zakopując je w pościeli, wyglądał trochę, jakby opierał się o jakiś bar, w którym zamówił kolejnego, absurdalnie słodkiego drinka, którego za moment wypije przez zakręconą słomkę i pobrudzi ją czerwoną jak krew szminką. Mięśnie twarzy też miał spięte, trochę jakby rzucał światu wyzwanie, ale zmrużone powieki wyraźnie odejmowały mu agresji. Była w tym zalotność. Obserwował go z tej pozycji dłuższą chwilę, bawiąc się guzikami własnej piżamy.
Spróbował coś powiedzieć. Dźwięk zabrzmiał bardzo szorstko, więc szybko wrócił do mówienia na granicy szeptu. A skoro musiał szeptać, położył się znów, tuż obok, tak żeby mu móc złożyć kilka pocałunków na rozgrzanej szyi i znowu odwieść jego myśli od problemów w jakimś innym kierunku.
- Wiem, że lubisz takie rzeczy - nie mówił oczywiście o tym co widział przed sobą, jednak zrobił krótką przerwę na to, żeby odgarnąć z czoła roztrzepane kępy włosów - ale nie chcę, żebyś w tym kopał. Nie będziesz? - Potarł mu palcami policzek. - Pytałeś mnie, jak się nazywam. Jak masz do mnie mówić. Oto twoje odpowiedzi. Matka nazwała mnie Fleamont. To czarodziejskie imię. Bellowie nazwali mnie Flynn, bo to łatwiej krzyknąć. Sam siebie nazwałem Crow, bo się chciałem odciąć od przeszłości, a moim duchowym przewodnikiem jest kruk. Ona nazwała mnie szczurem. Mówiła mi, że są inteligentne, ja nigdy w to szczególnie nie wierzyłem. John nazywa mnie Monty. Wpisałem to imię w prawie jazdy, wypełniając wniosek na poczcie. Wymyśliłem imię Edge, żeby schować się za maską i Florence, żeby ukryć się w innym ciele. Ludzie nazywali mnie różnie, ale nikt nigdy nie zapytał mnie, jak chcę być nazywany. Chyba byłem dla ciebie wtedy wredny, bo się tego zwyczajnie wystraszyłem. Wiesz... - zaśmiał się ochryple, nie brzmiało to dobrze zestawione z tak delikatnym szeptem - ja lubię pieszczotliwe określenia.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.