Przemyśleć nieco spraw... Przez ponad dwie doby. Okej, Flynn też momentami bywał naiwny, ale nie aż tak, żeby uwierzyć w jakąś bzdurę, odnotował więc ten temat jako coś, o czym Thomas zwyczajnie nie chciał mówić, a co za tym szło nie należało tego drążyć. Zamiast zastanawiać się nad tym czyje łóżko mógł ozdabiać Figg przez ostatnie godziny (tutaj nie miał złudzeń - do kogo niby biegłeś po otarciu się o śmierć jak nie do kogoś, w kim mogłeś się spuścić, a później wysiedzieć z nim kilkadziesiąt minut w wannie i zmyć z siebie stres, brud i przykre wspomnienia), Flynn zmarszczył brwi nie do końca rozumiejąc dlaczego przeszedł tak od razu i gwałtownie do zostaw go mnie. Bo czy Thomas naprawdę powinien mu ufać? W sumie... To niekoniecznie, prawda? Ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to naprawdę nietrudno było konkurować z gościem, który rozpalił ognisko kilkanaście metrów pod ziemią w dosyć ciasnej jaskini. Czy było w tym wystarczająco szaleństwa, żeby nawet kurwa z Podziemi wzbudzała mniej podejrzeń? Pociągnął nosem i wydał z siebie delikatne mruknięcie.
Ciężko było nie czuć się podobnie. Crow wcale nie potrzebował dużo, żeby pobiec myślami w miejsca, do których nie powinien się zapuszczać - tam gdzie te usta stykały się z jego po to, żeby odległość nadrobiła też reszta tego ciała i pchnęła go na kredens. Może przez wspólne doświadczenie, może przez to, że Cain też był od niego wyższy i danie się stuknąć bratu Nory mogło nieść ze sobą jakąś dodatkową nutkę nostalgii za czymś, co stracił bezpowrotnie. Może... Może przez to, że serce mu tak biło i wydawał się tak żywy jak nikt inny. Nigdy by nie pomyślał, że byli z tą cukierniczą rodzeństwem, gdyby mu tego nie powiedzieli. Ona była niziutka, blond, blada, słodka jak landrynka, ten był na tyle wysoki, żeby musieć zadzierać głowę i miał w sobie coś... Nie umiał tego określić. Nie widział kolorów, ale gdyby chciał wyobrazić sobie w głowie pustynię i musiał umieścić na niej coś poza piaskiem, znalazłyby się tam piramidy i on - pasował tam do tej układanki jak puzel. Czy był jednym z tych ludzi, którzy łatwo łapali promienie słoneczne? Crow do nich nie należał. Lata spędził pod ziemią, więc tęsknił za opalaniem się i odkąd zamieszkał w New Forest wylegiwał się na plaży zdecydowanie zbyt często - poniósł za to najwyższą cenę, ale oparzenia zdążyły już z niego zejść, pozostawiając po sobie mniej chorobliwą, ale wciąż - bladość.
- Mylisz się. W tym, że nie pokazałby ci nic miłego - pokręcił głową, zsuwając swoją rękę coraz niżej. Zatrzymał ją dopiero na jego biodrze, gdzie już została, nie pozwalając żadnemu z nich na nabranie dystansu. Ale na tym zaprzestał. Istniała bardzo długa lista rzeczy przychodzących mu na myśl, kiedy rozważał gdzie mógłby ich zaprowadzić, za nic mając sobie granice dobrego smaku, tylko że... Ta agresja jaka z niego kipiała Crowa odrzucała. Podobali mu się dobrzy faceci. Są był mordercą, więc zajeżdżało to wyjątkową hipokryzją, ale od zawsze lubił myśleć o sobie jak o kimś, kto wybierał to rozwiązanie dopiero wtedy, kiedy skończyły się już wszystkie inne możliwe opcje. Zadawał śmierć szybko, tak bezboleśnie jak tylko mógł. Nie lubił kiedy ktoś opierał się zbyt długo, kiedy czuł strach, nie lubił... Kiedy ktoś miał takie paskudne spojrzenie mówiące, że by się nie cofnął przed niczym. Pocałował go w kącik ust, ale nie sięgnął po nic dalej, nawet jeżeli oblała go delikatna fala ciepła. - Geraldine przyszła do mnie pewnego dnia i powiedziała, że potrzebuje pomocy. Że jej brat coś tam zrobił i mam wyciągnąć od niego informacje. I ja na początku nie wiedziałem o co jej chodzi, a później „przypomniałem” - wyraźnie ujął to w cudzysłów - sobie, jak gdyby nigdy nic, że był jednym z największych słodziaków jakich poznałem i oddawałem mu się za każdym razem kiedy się widzieliśmy. To chyba jest jak choroba, która rozprzestrzenia się, kiedy ktoś o nim mówi. Ale nigdy nie był człowiekiem, ja... Widziałem później jak to wygląda naprawdę. To... Coś. - Przygryzł wargę, na moment odwracając spojrzenie. Herbata, którą sobie zrobił, zdążyła się już zaparzyć. Czuł, że czerwień przytuliła się do jego policzków, ale wiedział też jak sprytnie ukrywał takie detale panujący wokół półmrok.
Ciężko było nie czuć się podobnie. Crow wcale nie potrzebował dużo, żeby pobiec myślami w miejsca, do których nie powinien się zapuszczać - tam gdzie te usta stykały się z jego po to, żeby odległość nadrobiła też reszta tego ciała i pchnęła go na kredens. Może przez wspólne doświadczenie, może przez to, że Cain też był od niego wyższy i danie się stuknąć bratu Nory mogło nieść ze sobą jakąś dodatkową nutkę nostalgii za czymś, co stracił bezpowrotnie. Może... Może przez to, że serce mu tak biło i wydawał się tak żywy jak nikt inny. Nigdy by nie pomyślał, że byli z tą cukierniczą rodzeństwem, gdyby mu tego nie powiedzieli. Ona była niziutka, blond, blada, słodka jak landrynka, ten był na tyle wysoki, żeby musieć zadzierać głowę i miał w sobie coś... Nie umiał tego określić. Nie widział kolorów, ale gdyby chciał wyobrazić sobie w głowie pustynię i musiał umieścić na niej coś poza piaskiem, znalazłyby się tam piramidy i on - pasował tam do tej układanki jak puzel. Czy był jednym z tych ludzi, którzy łatwo łapali promienie słoneczne? Crow do nich nie należał. Lata spędził pod ziemią, więc tęsknił za opalaniem się i odkąd zamieszkał w New Forest wylegiwał się na plaży zdecydowanie zbyt często - poniósł za to najwyższą cenę, ale oparzenia zdążyły już z niego zejść, pozostawiając po sobie mniej chorobliwą, ale wciąż - bladość.
- Mylisz się. W tym, że nie pokazałby ci nic miłego - pokręcił głową, zsuwając swoją rękę coraz niżej. Zatrzymał ją dopiero na jego biodrze, gdzie już została, nie pozwalając żadnemu z nich na nabranie dystansu. Ale na tym zaprzestał. Istniała bardzo długa lista rzeczy przychodzących mu na myśl, kiedy rozważał gdzie mógłby ich zaprowadzić, za nic mając sobie granice dobrego smaku, tylko że... Ta agresja jaka z niego kipiała Crowa odrzucała. Podobali mu się dobrzy faceci. Są był mordercą, więc zajeżdżało to wyjątkową hipokryzją, ale od zawsze lubił myśleć o sobie jak o kimś, kto wybierał to rozwiązanie dopiero wtedy, kiedy skończyły się już wszystkie inne możliwe opcje. Zadawał śmierć szybko, tak bezboleśnie jak tylko mógł. Nie lubił kiedy ktoś opierał się zbyt długo, kiedy czuł strach, nie lubił... Kiedy ktoś miał takie paskudne spojrzenie mówiące, że by się nie cofnął przed niczym. Pocałował go w kącik ust, ale nie sięgnął po nic dalej, nawet jeżeli oblała go delikatna fala ciepła. - Geraldine przyszła do mnie pewnego dnia i powiedziała, że potrzebuje pomocy. Że jej brat coś tam zrobił i mam wyciągnąć od niego informacje. I ja na początku nie wiedziałem o co jej chodzi, a później „przypomniałem” - wyraźnie ujął to w cudzysłów - sobie, jak gdyby nigdy nic, że był jednym z największych słodziaków jakich poznałem i oddawałem mu się za każdym razem kiedy się widzieliśmy. To chyba jest jak choroba, która rozprzestrzenia się, kiedy ktoś o nim mówi. Ale nigdy nie był człowiekiem, ja... Widziałem później jak to wygląda naprawdę. To... Coś. - Przygryzł wargę, na moment odwracając spojrzenie. Herbata, którą sobie zrobił, zdążyła się już zaparzyć. Czuł, że czerwień przytuliła się do jego policzków, ale wiedział też jak sprytnie ukrywał takie detale panujący wokół półmrok.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.