13.02.2025, 12:31 ✶
Roselyn otoczyła Samuela ramionami tak, jak drzewo otacza swoimi gałęziami ptasie gniazdo. Dawała mu poczucie bezpieczeństwa i stabilności, chociaż Przodkowie jej świadkiem, że sama w tej chwili nie była w żadnej mierze stabilna. Ale cóż mogła zrobić? Jako jego bratnia dusza wyczuwała rozedrgane emocje, targające Samuelem. Rozrywały jego duszę na kawałki, każda emocja ciągnęła półprzezroczystego Sama w swoją stronę. Jeszcze chwila a rozerwą go tak mocno, że nie da się go naprawić - a do tego nie mogła dopuścić. Musiała być silna, musiała odzyskać spokój - nie tylko dla niego, ale i dla siebie oraz brata. Matka jej świadkiem, że Ambroise również nigdy nie widziała w takim stanie. Sama nigdy w takim stanie nie była, lecz czy to miało być wytłumaczeniem?
Nie mogli się teraz rozsypać jak zamek z piasku. Nie byli szklaną figurką, którą ktoś strącił z komody.
- Umiesz więcej niż my. Razem się uzupełniamy i dojdziemy do tego, co się stało w Kniei - powiedziała cicho, gładząc Samuela w uspokajającym geście po plecach. Chciała dodać mu otuchy, lecz nie planowała go podburzać do tego, by znowu zapuszczał się do Kniei. - Teraz jednak musimy zatroszczyć się o siebie. Nabierzemy sił, opadną emocje, poszukamy czegoś w księgach... A potem pomyślimy, co dalej.
Głos wciąż jej drżał - światełko, którym była, zgasło, lecz w jej głowie kiełkował plan. Na razie to był malutki, maciupki planik, lecz w ciągu kolejnych tygodni powinien się wykształtować na tyle, by mogli zrobić jakikolwiek krok w przód. Teraz nie było sensu, szczególnie że w ciągu następnych kilku dni czekał ich najazd Departamentu Tajemnic na rezydencję Greengrassów.
- Przygotować ci pokój gościnny? - zapytała Samuela. Ambroise nie musiała: wciąż miał tu swoje miejsce. Ani ona, ani rodzice, nie ruszali pomieszczenia, które zajmował. Wchodziły tam tylko skrzaty, by zetrzeć kurze: nic więcej.
Nie mogli się teraz rozsypać jak zamek z piasku. Nie byli szklaną figurką, którą ktoś strącił z komody.
- Umiesz więcej niż my. Razem się uzupełniamy i dojdziemy do tego, co się stało w Kniei - powiedziała cicho, gładząc Samuela w uspokajającym geście po plecach. Chciała dodać mu otuchy, lecz nie planowała go podburzać do tego, by znowu zapuszczał się do Kniei. - Teraz jednak musimy zatroszczyć się o siebie. Nabierzemy sił, opadną emocje, poszukamy czegoś w księgach... A potem pomyślimy, co dalej.
Głos wciąż jej drżał - światełko, którym była, zgasło, lecz w jej głowie kiełkował plan. Na razie to był malutki, maciupki planik, lecz w ciągu kolejnych tygodni powinien się wykształtować na tyle, by mogli zrobić jakikolwiek krok w przód. Teraz nie było sensu, szczególnie że w ciągu następnych kilku dni czekał ich najazd Departamentu Tajemnic na rezydencję Greengrassów.
- Przygotować ci pokój gościnny? - zapytała Samuela. Ambroise nie musiała: wciąż miał tu swoje miejsce. Ani ona, ani rodzice, nie ruszali pomieszczenia, które zajmował. Wchodziły tam tylko skrzaty, by zetrzeć kurze: nic więcej.