13.02.2025, 13:57 ✶
Na uwagę Theo uśmiechnęła się szelmowsko, wodząc za nim jasnym spojrzeniem. Proszę proszę, szczeniaczek zaczął pokazywać charakterek. Już chciała wrócić spojrzeniem do Morpheusa, a jednak obróciła się w kierunku łazienki, gdyż na odchodnym Theo postanowił dodać swoje trzy grosze. Zaśmiała się cicho, kręcąc delikatnie głową. Był doprawdy niemożliwy. Uroczy, ale nie za słodki. Interesujący przypadek.
Powróciła uwagą do...
Czyli to jednak ten Morpheus. O matko Bosko, Faye mi kurwa nie uwierzy jak jej powiem. Już widzę ten absurdalny list "Słuchaj stara, budynek zawalił mi się na łeb, poszłam się ogarnąć, a tam w salonie Morpheus Longbottom" Przecież ona stwierdzi, że przyjebałam ten jeden raz zbyt mocno.
-Oh... Miło pana poznać, sporo o panu słyszałam - rzuciła z delikatnym, najbardziej grzecznym i niewinnym uśmiechem na jaki ją było stać w tym momencie.
Grzecznie zasiadła, a jednak nim zdążyła się wygodnie rozsiąść do pokoju wrócił Anthony.
-Nie mam brata - prychnęła cicho, krzywiąc się, gdyż wspomnienie rodzeństwa przypomniało jej wszelkie frustrację i plany jakie miała na ten dzień nim zawalił jej się na łeb budynek. Dlaczego jej to robił? Dlatego ten, którego ukochała starał się zniszczyć jej życie? Dlaczego konsekwentnie niszczył to co budowali przez te wszystkie lata, jakoby to nic dla niego nie znaczyło. A może tak właśnie było? Gdyby tak mogła wrócić do początku sierpnia, gdy wszystko było dobrze.
-Nie, nie majaczę - dodała całkiem poważnie, chcąc ubiec ewentualną myśl jaka mogła zrodzić się w głowie wuja. Anthony prawdopodobnie nieświadomie ruszył coś czego ruszać nie należało. Chociaż było to dość zaskakujące, gdyż ta miała zawsze bardzo bliski kontakt z jednym z jej rodzeństwa.
Wzięła głęboki wdech, próbując ugasić narastające emocje, które niczym w zwierciadle zaczęły wyraźnie odbijać się w jej oczach. Złość, nie... chęć mordu. Zatopiła paznokcie w przedramieniu chcąc zdystansować się od myśli, które zaczęły zataczać coraz to mniejsze i szybsze koła w jej świadomości.
-To... um... nie chciałam pobrudzić dywanu - mruknęła ze słyszalną skruchą, starając się odgonić myśli. Chociaż prawda była taka, że musiała wyglądać dość komicznie z tym prowizorycznym opatrunkiem, którego zaczął pozbywać się Shafiq.
Wstała, próbując nie pogubić się w instrukcjach. Wzięła flakoniki i chciała odchylić jedą z nich, a jednak to nie była to ta, co bardzo sprawnie zauważył Shafiq. Kolejna, nie... nie ta. Skup się dziewczyno. Westchnęła, czując się nieco beznadziejnie, próbując się skupić. Przecież to nie było takie trudne, Scarlett, flakoniki są trzy, nie pięćdziesiąt, przedszkolak by zrozumiał - zapamiętaj pierdoloną kolejność.
Lekarz. Dziewczyna automatycznie zbladła. Nie lubiła lekarzy. Szpitale kojarzyły jej się ze śmiercią, a karma tylko czekała grzecznie w kącie, aby zabrać ją na cmentarz za zabójstwo matki. Mszcząc się na niej każdego roku coraz to bardziej, aby Mulciber przypadkiem nie zapomniała twarzy swojej ofiary. Widząc ją we własnym odbiciu każdego dnia - wyglądały niemal identycznie, co zawsze podnosił ojciec, co zdradzały również stare zdjęcia.
-N-Nie, lekarz nie będzie konieczny... -machnęła ręką - odwiedzę pana Perseusa potem, czy coś i ... wierzę, że on akurat mnie nie wyśle na cmentarz - wymruczała - Poza tym nie mam zbyt wiele czasu... muszę iść do ojca by coś dla mnie załatwił, bo jeśli sama pójdę to załatwić to moja kariera i plany skończą się w...- urwała, krzyżując ręce na piersi - w celi... - uśmiechnęła się krzywo.
Przeniosła wzrok w kierunku Theo, który postanowił zaszczycić ich swoją obecnością.
-Weź co przyłóż do łba... - mruknęła, idąc w jego kierunku, a ze nie posiadała nic, to przyłożyła do jego głowy zbyt długi rękaw szlafroka - nie bądź niewdzięczny, nakapiesz na dywan... - mruknęła karcącą, mrużąc ślepia.
Powróciła uwagą do...
Czyli to jednak ten Morpheus. O matko Bosko, Faye mi kurwa nie uwierzy jak jej powiem. Już widzę ten absurdalny list "Słuchaj stara, budynek zawalił mi się na łeb, poszłam się ogarnąć, a tam w salonie Morpheus Longbottom" Przecież ona stwierdzi, że przyjebałam ten jeden raz zbyt mocno.
-Oh... Miło pana poznać, sporo o panu słyszałam - rzuciła z delikatnym, najbardziej grzecznym i niewinnym uśmiechem na jaki ją było stać w tym momencie.
Grzecznie zasiadła, a jednak nim zdążyła się wygodnie rozsiąść do pokoju wrócił Anthony.
-Nie mam brata - prychnęła cicho, krzywiąc się, gdyż wspomnienie rodzeństwa przypomniało jej wszelkie frustrację i plany jakie miała na ten dzień nim zawalił jej się na łeb budynek. Dlaczego jej to robił? Dlatego ten, którego ukochała starał się zniszczyć jej życie? Dlaczego konsekwentnie niszczył to co budowali przez te wszystkie lata, jakoby to nic dla niego nie znaczyło. A może tak właśnie było? Gdyby tak mogła wrócić do początku sierpnia, gdy wszystko było dobrze.
-Nie, nie majaczę - dodała całkiem poważnie, chcąc ubiec ewentualną myśl jaka mogła zrodzić się w głowie wuja. Anthony prawdopodobnie nieświadomie ruszył coś czego ruszać nie należało. Chociaż było to dość zaskakujące, gdyż ta miała zawsze bardzo bliski kontakt z jednym z jej rodzeństwa.
Wzięła głęboki wdech, próbując ugasić narastające emocje, które niczym w zwierciadle zaczęły wyraźnie odbijać się w jej oczach. Złość, nie... chęć mordu. Zatopiła paznokcie w przedramieniu chcąc zdystansować się od myśli, które zaczęły zataczać coraz to mniejsze i szybsze koła w jej świadomości.
-To... um... nie chciałam pobrudzić dywanu - mruknęła ze słyszalną skruchą, starając się odgonić myśli. Chociaż prawda była taka, że musiała wyglądać dość komicznie z tym prowizorycznym opatrunkiem, którego zaczął pozbywać się Shafiq.
Wstała, próbując nie pogubić się w instrukcjach. Wzięła flakoniki i chciała odchylić jedą z nich, a jednak to nie była to ta, co bardzo sprawnie zauważył Shafiq. Kolejna, nie... nie ta. Skup się dziewczyno. Westchnęła, czując się nieco beznadziejnie, próbując się skupić. Przecież to nie było takie trudne, Scarlett, flakoniki są trzy, nie pięćdziesiąt, przedszkolak by zrozumiał - zapamiętaj pierdoloną kolejność.
Lekarz. Dziewczyna automatycznie zbladła. Nie lubiła lekarzy. Szpitale kojarzyły jej się ze śmiercią, a karma tylko czekała grzecznie w kącie, aby zabrać ją na cmentarz za zabójstwo matki. Mszcząc się na niej każdego roku coraz to bardziej, aby Mulciber przypadkiem nie zapomniała twarzy swojej ofiary. Widząc ją we własnym odbiciu każdego dnia - wyglądały niemal identycznie, co zawsze podnosił ojciec, co zdradzały również stare zdjęcia.
-N-Nie, lekarz nie będzie konieczny... -machnęła ręką - odwiedzę pana Perseusa potem, czy coś i ... wierzę, że on akurat mnie nie wyśle na cmentarz - wymruczała - Poza tym nie mam zbyt wiele czasu... muszę iść do ojca by coś dla mnie załatwił, bo jeśli sama pójdę to załatwić to moja kariera i plany skończą się w...- urwała, krzyżując ręce na piersi - w celi... - uśmiechnęła się krzywo.
Przeniosła wzrok w kierunku Theo, który postanowił zaszczycić ich swoją obecnością.
-Weź co przyłóż do łba... - mruknęła, idąc w jego kierunku, a ze nie posiadała nic, to przyłożyła do jego głowy zbyt długi rękaw szlafroka - nie bądź niewdzięczny, nakapiesz na dywan... - mruknęła karcącą, mrużąc ślepia.