Słysząc odgłos zbliżających się w jego kierunku kroków, zgarbił się nieco, z góry zakładając, że to Rookwood po zabezpieczeniu ogniska, postanowił zaprosić go na prywatną wymianę zdań. Naprawdę nie miał ochoty na dzielenie się swoimi refleksjami, czy usprawiedliwianie swoich decyzji. Działał zgodnie ze swoją naturą i nie miał zamiaru za to przepraszać. Jeśli Chester tudzież dowództwo uzna, że tego typu postawa jest poniżej godności detektywa Brygady Uderzeniowej, to bardzo chętnie udzieli wszelkich wyjaśnień, gdy tylko przeminie Beltane.
O ile przeżyją obchody. Na razie departament był na niego skazany. Erik posłał kolejne latające światełka w kierunku lasu i odwrócił się w stronę przybysza. Zamrugał nieco zdziwiony, gdyż akurat Stewarda to się nie spodziewał. Na moment aż zapomniał języka w gębie, jakby nie potrafił dodać dwa do dwóch, aby zrozumieć, czemu właściwie do niego podszedł. Wlepił błędne spojrzenie w Patricka, trawiąc jego słowa nieco dłużej, niż zazwyczaj. Cóż, najwyżej zrzuci to na roztargnienie.
— Hmm? — Dopiero po chwili w jego oczach błysnęły iskierki zrozumienia. — Ah, tak. Już jest wszystko w porządku. Po prostu — Posłał ostatnie orby w kierunku drzew, po czym schował różdżkę do kieszeni — wziął mnie trochę z zaskoczenia. Poza tym wręcz wolałbym, gdyby miał pretensje tylko do mnie. Ograniczyłoby to skalę konfliktu, a tak wszyscy zostali w to wplątani. — Wzruszył ramionami z nieco przepraszającą miną. Może gdyby zareagował szybciej, zanim reszta brygadzistek zdążyła się wtrącić, to obyłoby się bez eskalacji? — Mam nadzieję, że Ty i Lucy za to nie oberwiecie. Odnoszę wrażenie, że Rookwood bywa nieco... czepialski, jeśli sprawy nie idą po jego myśli.
Stawiał, że w przypadku wezwania do Biura Aurorów, Patrick nie miałby dużych problemów z wybronieniem się i uniknięciem ewentualnych konsekwencji. W końcu nie zaangażował się w tę najbardziej intensywną część dyskusji. Dobrze dla niego. Biorąc pod uwagę, że Zakon miał mieć pełne ręce roboty podczas Beltane, dodatkowe komplikacje raczej nie były wskazane. Gorzej z Lucy, pomyślał. Bądź co bądź, pod koniec spotkania wypowiadała się w imieniu Biura, a jej zdanie niezbyt pokrywało się z tym, co starał się całej reszcie narzucić Rookwood.
— Przynajmniej wszystkie główne ustalenia przeszły — dorzucił z nieco niemrawym uśmiechem.
To chyba wydawało mu się najdziwniejsze w zachowaniu Chestera. Niby twierdził, że osoby poniżej pewnego poziomu w hierarchii nie powinny mieć nic do gadania, ale kiedy przychodziło do akceptowania konkretnych pomysłów, nagle mało co wymagało wprowadzenia wielkich zmian. Trochę mu się to nie dodawało, ale też nie siedział nikomu w głowie. Może dla Rookwooda miało to sens? Erik pokręcił lekką głową.
— W każdym razie, mam Ci w czymś pomóc? Praktycznie skończyłem z orbami, zostało mi tylko kilka po drugiej stronie polany, więc jeśli potrzebujecie dodatkowych pary rąk przy drogach ewakuacyjnych... — Rozłożył ręce. Wolał coś robić, niż ciągle analizować w głowie niedawne spotkanie. Jeśli Patrick faktycznie chciał go gdzieś zaprowadzić, to Longbottom ruszył za aurorem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞