Cóż... to nie była zagadka, na jakie śniadanie miał ochotę Crow. Szczerzył się do niego niesamowicie, te słodkie słówka działały na niego dokładnie tak, jak działały na niego słowa uwielbienia wykrzykiwane naprzeciwko dostawionego do łóżka lustra, ale tak - wbrew temu, co Laurent mówił przed chwilą, wciąż nie zamierzał dopraszać się o takie rzeczy, tak samo jak nie dopraszał się o wszystko inne.
Ale to przyszło tak czy inaczej i chociaż cholernie bolała go lewa łopatka, opadając na pościel, wyglądał na tak szczęśliwego, jakby go sama Pani Księżyca dotknęła palcem w nos. Cichrał się jak nastolatka, co jakiś czas przygryzając zgięty palec i przytulając się do niego, aż nie nadszedł moment na powrót do rzeczywistości.
- Bez znaczenia - szepnął. Palił oczywiście do bycia głodnym. - Wizja tego, że to ciało zje śniadanie to dla mnie wystarczająca satysfakcja, żebym się podniósł. - Niestety to podnoszenie się było wciąż irytujące. Chciał mu pomóc wyprowadzić własną sylwetkę do stanu, który będzie mu się podobał, bo go kochał, a Laurent często na to narzekał - nawiązywał do tego, że nie podoba mu się ta chorobliwa chudość nie raz i nie dwa razy, właściwie to przestał już liczyć, ale teraz... teraz jeszcze docierało do niego, dlaczego chłopak był w ogóle taki strachliwy i bezradny. Szczerze wierzył, że to siedziało w ciele. Nie pomogłyby mu na to żadne trucizny odurzające, żadne eliksiry, nic - ale jeżeli mieszkaliby ze sobą dalej i Prewett podążał za jego instrukcjami, nabyłby sprawność mogącą dodać mu dużo pewności siebie. To była koncepcja, która Crowa nieco fascynowała. Pomagał przecież wychowankom Fantasmagorii w odkrywaniu ich potencjału, uczył te dzieciaki trików na trapezie i wspinania się na drzewa, ale... to były dzieci. Gibkie, sprawne, zaradne. A Laurent był dorosły. Zasiedziały, sztywny, ale naturalnie smukły, jakby go matka natura stworzyła z myślą o pływaniu. Potrafił wyprowadzić młodych akrobatów na odpowiednią drogę, ale czy potrafił pomóc komuś nadrobić duże braki i zniwelować skutki lat spędzonych na jaraniu opium przeplatanych jazdą konną? Sam osiągnął taką gibkość, bo ćwiczył już tak wcześnie, aby jej nie utracić wraz z przekroczeniem wieku kiedy wszystkim już strzelały plecy...
Stał więc przy tym stole bardzo zamyślony, pd prysznicem zresztą też. Zdążył odsunąć sobie krzesło i jeszcze nawet na nim nie usiadł, bo go ujął widok losowego ptaka, który akurat teraz postanowił usiąść na tarasie i zaćwierkać wesoło. Dopiero kiedy ciszę przecięło słowo morze, Crow na nie spojrzał. To, że nie morze zajmowało teraz jego myśli było oczywiste.
- Uh? - Wpatrywał się w nie, zmarszczył brwi. Wydawało mu się, że jedynym co słyszy pośród szumu fal, było głośne, irytujące brzęczenie i szum zepsutego urządzenia, chociaż w tym domu nie było prądu. - Skoro bym wiedział to pewnie nie. Naprawdę musisz - no bo przecież musiał Laurent, a nie on - wypić coś na to gardło. - Usiadł na krześle, rozprostowując długie nogi. Bardzo atrakcyjne kiedy spoglądało się na nie z perspektywy widza, a teraz... jakoś wadziły. Wzrost będący ważnym aspektem ludzkiej atrakcyjności średnio do niego przemawiał kiedy nakładał te standardy na siebie - gdyby był jeszcze niższy, pewnie wcale by nie narzekał, chociaż zwykł komplementować absolutnie każdego, kto przerastał go przynajmniej o te cztery centymetry.
Upił łyk herbatki, odwrócony do niego bokiem, przodem do okna.
- Potrafisz dotknąć językiem nosa.
Kłamał. Ale chciał to zobaczyć.
Ale to przyszło tak czy inaczej i chociaż cholernie bolała go lewa łopatka, opadając na pościel, wyglądał na tak szczęśliwego, jakby go sama Pani Księżyca dotknęła palcem w nos. Cichrał się jak nastolatka, co jakiś czas przygryzając zgięty palec i przytulając się do niego, aż nie nadszedł moment na powrót do rzeczywistości.
- Bez znaczenia - szepnął. Palił oczywiście do bycia głodnym. - Wizja tego, że to ciało zje śniadanie to dla mnie wystarczająca satysfakcja, żebym się podniósł. - Niestety to podnoszenie się było wciąż irytujące. Chciał mu pomóc wyprowadzić własną sylwetkę do stanu, który będzie mu się podobał, bo go kochał, a Laurent często na to narzekał - nawiązywał do tego, że nie podoba mu się ta chorobliwa chudość nie raz i nie dwa razy, właściwie to przestał już liczyć, ale teraz... teraz jeszcze docierało do niego, dlaczego chłopak był w ogóle taki strachliwy i bezradny. Szczerze wierzył, że to siedziało w ciele. Nie pomogłyby mu na to żadne trucizny odurzające, żadne eliksiry, nic - ale jeżeli mieszkaliby ze sobą dalej i Prewett podążał za jego instrukcjami, nabyłby sprawność mogącą dodać mu dużo pewności siebie. To była koncepcja, która Crowa nieco fascynowała. Pomagał przecież wychowankom Fantasmagorii w odkrywaniu ich potencjału, uczył te dzieciaki trików na trapezie i wspinania się na drzewa, ale... to były dzieci. Gibkie, sprawne, zaradne. A Laurent był dorosły. Zasiedziały, sztywny, ale naturalnie smukły, jakby go matka natura stworzyła z myślą o pływaniu. Potrafił wyprowadzić młodych akrobatów na odpowiednią drogę, ale czy potrafił pomóc komuś nadrobić duże braki i zniwelować skutki lat spędzonych na jaraniu opium przeplatanych jazdą konną? Sam osiągnął taką gibkość, bo ćwiczył już tak wcześnie, aby jej nie utracić wraz z przekroczeniem wieku kiedy wszystkim już strzelały plecy...
Stał więc przy tym stole bardzo zamyślony, pd prysznicem zresztą też. Zdążył odsunąć sobie krzesło i jeszcze nawet na nim nie usiadł, bo go ujął widok losowego ptaka, który akurat teraz postanowił usiąść na tarasie i zaćwierkać wesoło. Dopiero kiedy ciszę przecięło słowo morze, Crow na nie spojrzał. To, że nie morze zajmowało teraz jego myśli było oczywiste.
- Uh? - Wpatrywał się w nie, zmarszczył brwi. Wydawało mu się, że jedynym co słyszy pośród szumu fal, było głośne, irytujące brzęczenie i szum zepsutego urządzenia, chociaż w tym domu nie było prądu. - Skoro bym wiedział to pewnie nie. Naprawdę musisz - no bo przecież musiał Laurent, a nie on - wypić coś na to gardło. - Usiadł na krześle, rozprostowując długie nogi. Bardzo atrakcyjne kiedy spoglądało się na nie z perspektywy widza, a teraz... jakoś wadziły. Wzrost będący ważnym aspektem ludzkiej atrakcyjności średnio do niego przemawiał kiedy nakładał te standardy na siebie - gdyby był jeszcze niższy, pewnie wcale by nie narzekał, chociaż zwykł komplementować absolutnie każdego, kto przerastał go przynajmniej o te cztery centymetry.
Upił łyk herbatki, odwrócony do niego bokiem, przodem do okna.
- Potrafisz dotknąć językiem nosa.
Kłamał. Ale chciał to zobaczyć.
Rzut N 1d100 - 58
Sukces!
Sukces!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.