Co się nakaszlał, pochrząkał i poklepał w klatkę piersiową - to było jego. Doświadczenie tego nieprzyjemnego smaku w ustach z samego rana, a potem problematyka ciągnąca się o porankach tylko uświadczyła go w przekonaniu, że wcale źle nie zrobił, zapraszając tutaj Basiliusa. Zmuszać kogoś do czegoś. Ale jeśli to do czegoś dobrego? Nie, nadal złe... a jednak? Usprawiedliwianie swoich zachowań dobrymi chęciami było zaskakująco łatwe. Skoro jednak dobrze zrobił, dlaczego miałby się jednak gdzieś kajać? To kajanie przychodziło w kwestii tego, gdzie naruszane były czyjeś granice. To nie było w porządku. Cel uświęca środki - tak powiedziałby jego ojciec.
- Wypić coś na gardło? - Że teraz on miał coś wypić? Flynn coś jednak brał na te napady kaszlu? Albo może jednak bolało jego gardło, a skoro zbliżała się światła godzina powrotu do swoich ciał to o to mu chodziło? Ale to nie miało sensu, wtedy sam mógłby to wypić. Kuriozalność tego pytania była ukazana w banalności następnego pytania. - Słucham? - To było pytanie? Stwierdzenie? Być może łatwiej byłoby to ułożyć w głowie i przyporządkować do czegokolwiek, gdyby przy tym nie wydawało mu się, że teraz cokolwiek zostanie powiedziane, albo wyciągnięte z worka, spotka się z tym dziwnym nastrojem Flynna. Tak mocno to zakontrastowało z jego myślami o rodzinie i o tym, co powiedział i co mu "wyrzucał", że przez moment miał naprawdę pełną niezrozumienia minę. - To niemądre... i dziecinne... - Burknął pod nosem, odwracając się od niego, spoglądając na ten stół... i wyciągnął język, żeby spróbować dotknąć nim nosa. No nie bardzo. Nie sięgał. Co za głupota... Zarumienił się, odwrócił całkowicie od Flynna, obrażony... i spróbował drugi raz, próbując palcem sobie przybliżyć nos do języka. Fatalna porażka - i będzie teraz musiał żyć z tym smakiem przegranej. - Hmph. - Obrażony oparł łokieć na blacie. I teraz go naprawdę ciekawiło, czy to w ogóle było wykonalne. Pewnie ktoś na świecie mógł to zrobić. Albo wystarczyłaby odrobina magii. Nie to, żeby chciał sobie teraz wydłużać transmutacją język - ale definitywnie o tym pomyślał.
W gruncie rzeczy "obrażenie się" było dobrym i złym określeniem stanu. Był zawstydzony. Okropnie zawstydzony, aż piekło go to uczucie i miał ochotę schować się pod stół, wyjść, udawać, że wcale go tu nie było. To ani nie mogło wyglądać ładnie, było dziecinne, a on dał się zwieść ciekawości, co też nie było mądre. Przyłożenie dłoni do policzka nie ratowały sprawy - miał rozgrzane ręce.