Minę musiał mieć wyborną, kiedy spojrzał spod byka na Flynna, jakby ten popełniał tutaj jakieś straszne zbrodnie. Tymczasem Laurent prawie zgrzytał zębami, gdzieś pomiędzy piekącą ciekawością i piekącym poczuciem, że jest obiektem drwin. Dokładnie - jak za dzieciaka. Kiedy wszyscy się z ciebie śmieją, bo wyglądasz bardziej jak dziewczynka niż chłopiec. Bo nikt na ciebie nie czeka, kiedy wszyscy biegną się bawić. Bo to zabawne popchnąć lebiodę i patrzeć, jak ryczy z ziemi i nic nie może z tego zrobić. Te palące uczucia przynosiły całkiem sporo złych myśli. Tymczasem mina Flynna i jego błyszczące oczy przynosiły te dobre. Nie naśmiewałby się ze mnie, prawda? Śmiać się z kimś, a nie z kogoś było czasami sztuką. Albo nie? Może było całkiem normalne, tylko z jakiegoś powodu ludzie uważali, że to taki wielki kłopot - osiągnąć ten stan porozumienia.
Podniósł się bez słowa po tym łokciu i z tą dziwną mimiką (gburowatą, dosłownie) poszedł w kierunku kuchni. Daleko nie odszedł - ledwo parę kroków do wyspy dzielącej kuchnię od jadalni. Machnął różdżką, która trzasnęła drzwiami od szafki raz, drugi i trzeci, zanim w końcu stwierdziła, że zacznie go słuchać. Mleko i miód. Mleko wylane do szklanki, do tego miód, wymieszane razem. To się tam działo, a on jeszcze raz spojrzał na Flynna... albo raczej: zgromił go spojrzeniem. I tuż po tym faktycznie spróbował. To była bardzo szybka, jedna i druga, ale przynajmniej po niej sam się trochę niemrawo uśmiechnął. I z tą szklanką wrócił do stołu, stawiając ją przy Flynnie.
- Na moje szczęście ja nie muszę się z tym prostym lekiem męczyć. Pij. - Takie to proste, co? To nie było chore gardło. Do jakiego stopnia je nadwyrężył - nie wiedział. - Jeśli bardzo mi uszkodziłeś gardło, będę bardzo zły. - Nie żartował w zasadzie. Był chciwy, nie chciał rozstawać się z bardzo wieloma rzeczami. Ale z głosem? To prawie tak, jak rozstać się z foczą skórą. - Nie chcę tego oglądać. - Otworzył na moment szerzej oczy, nie chcąc sobie nawet tego wyobrażać. - Chłopcy i te wasze dziwne zabawy... - Pokręcił głową na wydechu, siadając na swoim miejscu. - Brzmi, jakbyś się dobrze bawił. - I to zarazem teraz, jak i wcześniej, za dzieciaka. - Tylko nie rób tego teraz, o zgrozo, musiałbym sobie wyczyścić pamięć. - Zakrył twarz dłońmi, bo naprawdę to nie było coś, z czym chciałby zobaczyć swoje własne ciało. Niektórych rzeczy się nie zapomina. I to niekoniecznie w pozytywnym sensie.
Pogoda nie sprzyjała - ale w lesie zawsze było spokojniej. Drzewa doskonale wygłuszały ryk morza i zatrzymywały wiatr. Więc zabrał go do New Forest. Z Dumą u boku wkroczyli na spacer między drzewami, żeby pokazać mu te zakątki pełne zieleni i kolorów, szczególnie przy jego kolorowych mieszkańcach - takich jak Fuego, którego czerwień i złoto wyglądały jak uosobienie królewskości. Jakoś z myślą, że wróci do tego ciała i zobaczy kolory wcale nie było mu lepiej. Zobaczysz kolory. Ta rekompensata przestawała być nęcąca. Stawała się tylko ślicznym opakowaniem niekoniecznie dobrego cukierka.
Gdy zbliżało się południe, wrócili do domu. Duma przeszczęśliwy - znowu się wybiegał, chociaż tym razem Laurent nie biegał razem z nim. Mimo upływu tylu lat nadal uważał, że magiczne stworzenia były lepsze od ludzi. A może nie? Może przestał w to wierzyć i to po prostu teraz wróciło? Nie był pewien. Z nimi było łatwiej. Rozumiał je, nie było ukrytych motywów, a chociaż zdolne były nawet do manipulacji to działały na zupełnie innych płaszczyznach niż człowiek. Nie wymagały tak skomplikowanych instruktaży do obchodzenia się z nimi, jak ludzie. Być może dlatego życie selkie było... prostsze. Łatwiejsze. Kiedy usiedli na tarasie i trzymał Flynna na swoich kolanach, obejmując go, zastanawiał się nad tymi rzeczami, które zostały powiedziane. Tymi sekretami i zarzutami. I nad tym, ile on jeszcze miał ich do powiedzenia. Jak ciągle nie dało się powiedzieć wszystkiego, nawet kiedy się chciało. A kiedy nagle przychodził moment mówienia...
... to wszystko obracało się nie tak, jak powinno. Dostatecznie, żeby znów poczuć ciężar samego siebie, nieprzyjemne drapanie gardła i ból mięśni po wczorajszych wygibasach Flynna. Żeby wszystko znów zrobiło się kolorowe, a jednak nie potrafił zrozumieć dlaczego jednocześnie bardziej szarzało. Nabrał jeden niespokojny wdech. Drugi niespokojny wdech. Trzeci już był trochę paniczny, więc złapał się mocniej palcami Flynna. I sam nie wiedział, czy bardziej chciał płakać czy się śmiać. Chyba oba. Chyba tego dualizmu odczuć wdzięczności, że mógł przez kolejny moment być kimś innym i jednocześnie żalu, że tego doświadczył, nie był tutaj jakkolwiek niepoprawny. Był wręcz idealnie pasujący.