Reguły gry... Laurent aż nieco uśmiechnął się pod nosem, jeden kącik ust powędrował mu ku górze - tylko odrobinkę. Brzmiało to tak tragikomicznie. W tym jednym była to prawda - aurorów obowiązywały reguły gry, dlatego nie chciał sięgać po rozwiązanie, które raz go zawiodło - i to wtedy, kiedy potrzebował tego najbardziej. Więc to nie była kpina, nie było cwaniactwo. Śmiech przez łzy - najlepsze określenie, którego można było to użyć.
Ustawienie sądu nie było niewykonalne, a nawet stawało się całkiem proste... jeśli za przeciwnika nie miało się ludzi takich jak Dante. Wtedy było trudne. Cholernie trudne. Tak - z rozprawą prawidłową czy bez, ze śledztwem czy nie, sąd pewnie i tak musiałby zostać ustawiony, żeby nie ustawił go na swoją modłę ten człowiek. Diabeł z Nokturnu. Jednak słowa płynęły, a on już się nie wtrącał - milczał. Skinął tylko głową raz czy dwa na zgodę, na potwierdzenie. Nawet przytaknął Victorii na te emocje - niech jej będzie, nie zamierzał się o to kłócić ani udowadniać, że było inaczej.
Rozumiał ich i brał pod uwagę takie zakończenie tego spotkania. Żałował, że w ogóle próbował - wolałby już to zachować dla siebie i nie obnażać się przed tą dwójką, ale stało się. Trudno. Teraz będą musieli przejść nad tym do porządku dziennego, a on będzie musiał rozważyć rozmowę z Florence o tym samym. Ponownie. Obrócił głowę w kierunku morza. Wyciągana broń była obosięcznym ostrzem. Każdy ruch był teraz obosiecznym ostrzem, nie ważne, w którą stronę spojrzysz, wszędzie drzemały cienie. Droga o promieniach słońca? Zapomnij. Wiedział, że ta dwójka chciała dla niego jak najlepiej. Wiedział, że się to były nowiny szokujące, jakimi ich zasypał i w całym swoim milczeniu powoli schodził z tonu, jaki przybrał. Kroczek po kroczku... powrót do tego, co dobrze znane, ale co wcale nie ratowało sytuacji. Poradzisz sobie. Jak zawsze. I te wszystkie słowa powoli tonęły w szumie morza, które stawało się coraz głośniejsze, głośniejsze i głośniejsze. Hipnotyzująco natarczywe. Cały świat mógłby ulec mutacji, gdyby...
- Macie rację, dziękuję za pomoc. - Obrócił głowę do nich i uśmiechnął się ciepło, przymykając na moment oczy. Gdyby się sam nie odezwał. Ta zmiana tonu była drastyczna - od tego, który stawiał oczywistą linię między interesem a znajomościami do tego, gdzie interes zupełnie zanikał. Znikała jego prozaiczność, tak i wyłagodził się dramat. - Nie będę wam dłużej zajmował czasu, przepraszam za kłopot... - Mam dużo pracy, wy macie dużo pracy, nie ma potrzeby, żebyśmy sobie więcej tego czasu marnowali - mniej więcej takie było meritum sprawy. - To rzeczywiście lepszy pomysł zastanowić się nad tym, kiedy uporam się z aktualnym kryzysem.