15.02.2025, 18:09 ✶
Dobra, jednak zaparło mi dech w piersi, ale to raczej z przyzwyczajenia. Nie mogłem inaczej zareagować na to mocne kopnięcie w wykonaniu Sauriela. Głowa odleciała mi w bok. Dziwiłem się, że jeszcze mi nie odpadła od reszty ciała. Powinienem ujrzeć gwiazdy. Powinienem cierpieć mocno, ale zamiast tego zalewała mnie jedynie coraz większa wściekłość.
Tyle że przeginaliśmy, o czym dała sobie znać Victoria i ta ściana... Kolejna w jej wykonaniu. Może to dobrze, że postanowiła zainterweniować, bo krwawiłem już mocno. Czułem zapach własnej krwi, który napawał mnie raczej obrzydzeniem niż wampirzą euforią. I nawet gdybym nie miał w sobie eliksiru Victorii, to wciąż nie jarałbym się tym zniekształconym smrodem. Pachniała jak krew, ale inaczej. Niezbyt smacznie.
Opadłem na deski piwnicy. Nie miałem ochoty wstawać, szczególnie że nie mogłem oddać Saurielowi. Teraz, kiedy nie byłem owładnięty szałem głodu, widziałem przeźroczyste ściany Victorii. Głupi ja. Ale dobrze, że stało się tak, jak się stało. Byłoby ze mną gorzej, gdybym jednak dorwał się do niej. Nawet nie chciałem myśleć, w jaki sposób mogło zakończyć się to spotkanie.
A Sauriel... Zmierzyłem go nienawistnym spojrzeniem. Był wszystkim tym, czym nie chciałem się stać. Wiedziałem, że najrozważniej było odpocząć i na równych nogach stawić mu czoła. Bo to, że kiedyś go zajebię, było nie do odwołania, więcej niż pewne. Rozpruję go jak zwierzę.
- Myślę, że temat ten zostawię na inny czas - pomyślałem głośno, uśmiechając się z satysfakcją. Czary, że miałem jeszcze wszystkie zęby. Nawet przesunąłem po nich zębami, upewniając się, czy nie było żadnych ubytków. Nie na długo też cwaniaczyłem, bo mi się przypomniało, że obiecałem coś Victorii. I to na piśmie. W liście. Tyle z mojej obietnicy...
Podniosłem się do pozycji siedzącej, przecierając twarz w ekran, po czym podniosłem spojrzenie na Victorię. Pełne żalu spojrzenie, bo chociaż cieszyłem się, że dałem Rookwoodowi trochę w kość, to jednak obietnica to obietnica.
- Przepraszam - odparłem do niej z pełną szczerością, po czym postanowiłem jej zadośćuczynić jak tylko mogłem te niedogodności, a to mogłem uczynić tylko w jeden sposób. Dając jej robić to, co lubiła najwyraźniej najbardziej - badać, eksperymentować i obserwować.
- Po tym eliksirze... Poczułem gwałtowną zmianę - zacząłem. Spuściłem spojrzenie na podłogę, drapiąc się po karku. Nie byłem dobry w naukowym bełkocie. Te wszystkie książki, które próbowałem czytać o wampirach mnie cholernie nudziły. - Przestałem pragnąć tak szybko, że to było... Nic właściwie nie było - przyznałem zakłopotany, przypominając sobie to coś. Pustkę. Wszechogarniającą pustkę. Pustkę, która mnie przygniatała od środka.
Nasuwało mi się pytanie, kim byłem bez pragnienia? Ani żywym, ani wampirem. Więc kim? Albo czym? Po prostu trupem...?
Tyle że przeginaliśmy, o czym dała sobie znać Victoria i ta ściana... Kolejna w jej wykonaniu. Może to dobrze, że postanowiła zainterweniować, bo krwawiłem już mocno. Czułem zapach własnej krwi, który napawał mnie raczej obrzydzeniem niż wampirzą euforią. I nawet gdybym nie miał w sobie eliksiru Victorii, to wciąż nie jarałbym się tym zniekształconym smrodem. Pachniała jak krew, ale inaczej. Niezbyt smacznie.
Opadłem na deski piwnicy. Nie miałem ochoty wstawać, szczególnie że nie mogłem oddać Saurielowi. Teraz, kiedy nie byłem owładnięty szałem głodu, widziałem przeźroczyste ściany Victorii. Głupi ja. Ale dobrze, że stało się tak, jak się stało. Byłoby ze mną gorzej, gdybym jednak dorwał się do niej. Nawet nie chciałem myśleć, w jaki sposób mogło zakończyć się to spotkanie.
A Sauriel... Zmierzyłem go nienawistnym spojrzeniem. Był wszystkim tym, czym nie chciałem się stać. Wiedziałem, że najrozważniej było odpocząć i na równych nogach stawić mu czoła. Bo to, że kiedyś go zajebię, było nie do odwołania, więcej niż pewne. Rozpruję go jak zwierzę.
- Myślę, że temat ten zostawię na inny czas - pomyślałem głośno, uśmiechając się z satysfakcją. Czary, że miałem jeszcze wszystkie zęby. Nawet przesunąłem po nich zębami, upewniając się, czy nie było żadnych ubytków. Nie na długo też cwaniaczyłem, bo mi się przypomniało, że obiecałem coś Victorii. I to na piśmie. W liście. Tyle z mojej obietnicy...
Podniosłem się do pozycji siedzącej, przecierając twarz w ekran, po czym podniosłem spojrzenie na Victorię. Pełne żalu spojrzenie, bo chociaż cieszyłem się, że dałem Rookwoodowi trochę w kość, to jednak obietnica to obietnica.
- Przepraszam - odparłem do niej z pełną szczerością, po czym postanowiłem jej zadośćuczynić jak tylko mogłem te niedogodności, a to mogłem uczynić tylko w jeden sposób. Dając jej robić to, co lubiła najwyraźniej najbardziej - badać, eksperymentować i obserwować.
- Po tym eliksirze... Poczułem gwałtowną zmianę - zacząłem. Spuściłem spojrzenie na podłogę, drapiąc się po karku. Nie byłem dobry w naukowym bełkocie. Te wszystkie książki, które próbowałem czytać o wampirach mnie cholernie nudziły. - Przestałem pragnąć tak szybko, że to było... Nic właściwie nie było - przyznałem zakłopotany, przypominając sobie to coś. Pustkę. Wszechogarniającą pustkę. Pustkę, która mnie przygniatała od środka.
Nasuwało mi się pytanie, kim byłem bez pragnienia? Ani żywym, ani wampirem. Więc kim? Albo czym? Po prostu trupem...?