16.02.2025, 00:28 ✶
Emocje, były w nim dziwne, a może po prostu ostatnie trzy dni TRZY DNI to był jakiś koszmarny kołowrotek, który wyrywał go z korzeniami, jak ten straszliwy potwór wyrwał duszę z ziemi, do której ta dusza przynależała. Sam był przerażony tym co się działo i nic z tego nie było dobrego, ale wszystko było boleśnie prawdziwe.
Kochał Norę. Kochał ją tak samo, jak osiem lat temu, jak wtedy gdy kradli światło księżyca dla siebie właśnie na jednej polanie w Kniei. Ale nie miał pojęcia, jak to będzie wyglądać, jak uda im się połączyć świat spokojnej Doliny i krzykliwego Londynu, który przyprawiał go o ból głowy. Czuł się taki nieprzydatny w jej wypełnionym ludźmi życiu, taki nie na miejscu, a przecież chciany, przyjmowany z otwartymi ramionami kobiety, która jak się okazało po prostu czekała, aż wszystko wskoczy na swoje tory, aż znajdą się w swoich ramionach i tam zamieszkają obrośnięci mchem.
Kochał swoją matkę. Kochał ją bardzo i marzył o tym, by pewnego dnia znów móc zamienić z nią chociaż jedno słowo. I jeszcze dwa dni temu chciałby pokazać jej swoją córkę. Chciałby prosić o błogosławieństwo przed ślubem z miłością jego życia. A teraz... teraz chciałby go zapytać, czemu go okłamywała całe życie, czemu klątwę nazywała błogosławieństwem, czemu lekarstwem na zachwianą w nim magię, miała być absolutna separacja od wszystkich wokół ludzi.
Kochał też Roselyn i nie rozumiał tej miłości. Nie rozumiał niepokoju, który nie pozwolił mu dzisiaj zasnąć i nici po której dotarł do czekającego u wrót Kniei rodzeństwa. Czuł jej ból jak swój własny, choć była dla niego własną osobą i wiedział, że byłby gotów oddać za nią życie, oddać jej swoje życie w dłonie. Najgorsze było jednak to, że jakby to co było między nimi wyjątkowe, to nie był w stanie jej pomóc, bo wiedział nic, widział nic, nie dał rady nawet wytropić leża bestii. Czuł się winny, że w ogóle próbował, czuł się winny że nie może nic więcej. Mówili mu teraz miłe rzeczy, ale Sam był zagubiony, a takie zagubienie zawsze prowadziło do jednego, a emocjonalny chaos tylko wzrastał.
Rok temu nie miał nikogo. Nosił sercu tylko mgliste wspomnienie matki i spokojny głos ojca mówiący mu, że prawda zapisana jest w gwiazdach... A teraz tak wiele ludzi, tak wiele spraw...
Był zagubiony i mały. I zaczął się bać.
– Nie chcę zostać. Mam... mam klątwę żywiołów. Może przyjść sen. Koszmar. Mogę zniszczyć Twój dom. Wasz dom. U siebie mam eliksir na uspokojenie od pani Bulstrode, ja... nie chcę żeby stała się Wam krzywda – bełkotał coraz mniej wyraźnie, zdając sobie sprawę, że drży. – Muszę to rozlatać, nie... nie mogę tu zostać ale... obiecuje Rose. Obiecuje że nie polecę go szukać znowu. Będę bezpieczny. Przyjdę jutro spokojny. Będę. Przepraszam. – otumaniony, z zeszklonymi oczami, oderwał się od niej i dopadł do okna, tylko po to by czmychnąć równie niespodziewanie, jak wtedy gdy się pojawił. Życie było słodkie. Życie było gorzkie. Życie było obezwładniająco szczęśliwe. Życie było obezwładniająco przerażające. Życia było stanowczo za dużo.
Pożegnał ich głośny, krogulczy pisk szybującego w objęcia nocy ptaka.
Musiał to rozlatać.
Kochał Norę. Kochał ją tak samo, jak osiem lat temu, jak wtedy gdy kradli światło księżyca dla siebie właśnie na jednej polanie w Kniei. Ale nie miał pojęcia, jak to będzie wyglądać, jak uda im się połączyć świat spokojnej Doliny i krzykliwego Londynu, który przyprawiał go o ból głowy. Czuł się taki nieprzydatny w jej wypełnionym ludźmi życiu, taki nie na miejscu, a przecież chciany, przyjmowany z otwartymi ramionami kobiety, która jak się okazało po prostu czekała, aż wszystko wskoczy na swoje tory, aż znajdą się w swoich ramionach i tam zamieszkają obrośnięci mchem.
Kochał swoją matkę. Kochał ją bardzo i marzył o tym, by pewnego dnia znów móc zamienić z nią chociaż jedno słowo. I jeszcze dwa dni temu chciałby pokazać jej swoją córkę. Chciałby prosić o błogosławieństwo przed ślubem z miłością jego życia. A teraz... teraz chciałby go zapytać, czemu go okłamywała całe życie, czemu klątwę nazywała błogosławieństwem, czemu lekarstwem na zachwianą w nim magię, miała być absolutna separacja od wszystkich wokół ludzi.
Kochał też Roselyn i nie rozumiał tej miłości. Nie rozumiał niepokoju, który nie pozwolił mu dzisiaj zasnąć i nici po której dotarł do czekającego u wrót Kniei rodzeństwa. Czuł jej ból jak swój własny, choć była dla niego własną osobą i wiedział, że byłby gotów oddać za nią życie, oddać jej swoje życie w dłonie. Najgorsze było jednak to, że jakby to co było między nimi wyjątkowe, to nie był w stanie jej pomóc, bo wiedział nic, widział nic, nie dał rady nawet wytropić leża bestii. Czuł się winny, że w ogóle próbował, czuł się winny że nie może nic więcej. Mówili mu teraz miłe rzeczy, ale Sam był zagubiony, a takie zagubienie zawsze prowadziło do jednego, a emocjonalny chaos tylko wzrastał.
Rok temu nie miał nikogo. Nosił sercu tylko mgliste wspomnienie matki i spokojny głos ojca mówiący mu, że prawda zapisana jest w gwiazdach... A teraz tak wiele ludzi, tak wiele spraw...
Był zagubiony i mały. I zaczął się bać.
– Nie chcę zostać. Mam... mam klątwę żywiołów. Może przyjść sen. Koszmar. Mogę zniszczyć Twój dom. Wasz dom. U siebie mam eliksir na uspokojenie od pani Bulstrode, ja... nie chcę żeby stała się Wam krzywda – bełkotał coraz mniej wyraźnie, zdając sobie sprawę, że drży. – Muszę to rozlatać, nie... nie mogę tu zostać ale... obiecuje Rose. Obiecuje że nie polecę go szukać znowu. Będę bezpieczny. Przyjdę jutro spokojny. Będę. Przepraszam. – otumaniony, z zeszklonymi oczami, oderwał się od niej i dopadł do okna, tylko po to by czmychnąć równie niespodziewanie, jak wtedy gdy się pojawił. Życie było słodkie. Życie było gorzkie. Życie było obezwładniająco szczęśliwe. Życie było obezwładniająco przerażające. Życia było stanowczo za dużo.
Pożegnał ich głośny, krogulczy pisk szybującego w objęcia nocy ptaka.
Musiał to rozlatać.
Koniec sesji