16.02.2025, 00:39 ✶
Potrzebował odpowiedzi na pytanie, czy to co zrobił było złe. Niestety bał się je zadać. Leżał więc na tej kanapie, wodził wzrokiem po Norze, po różnych meblach, przecierał oczy kiedy się zeszkliły i łza próbowała spłynąć po rozgrzanym policzku. Wydawało mu się, że albo on co jakiś czas drży, albo świat. Może wcale nie przeżył, tylko tak mu się wydawało. Ciężkie powietrze przesiąknięte wstydem ciągnęły go w dół i gorzko przypominały o tym, że jego ciało wciąż śmierdziało popiołem i tym paskudnym odorem głębokiego strachu.
- Zrobiłem coś cholernie głupiego Nora.
Zrobił coś, co widziała. W tamtej chwili tego chciał - poderżnięcie sobie gardła wydawało się czymś oczywistym, dobrym zakończeniem dla kogoś, kto przyniósł na ten świat tyle złego, tyle bólu, tyle... namacalnego okrucieństwa, którego nie dało się uzasadnić niczym, nawet jeżeli miał ciężkie dzieciństwo, a niektóre słowa krzywdziły go tak mocno, że zdzierał sobie knykcie, uderzając o meble palcami zaciśniętymi w pięści. Zawsze odpychał od siebie życie, zawsze planował swój koniec, miał idealnie ułożoną samobójczą ścieżkę, do której chciał kiedyś namówić Millie Moody, żeby razem mogli poczuć jak po kalifornijskiej przygodzie, wszystkie rozterki odpływają leniwym nurtem, a oni przyćpani nie czują już nic, pozostawiają po sobie pustkę, parę gnijących ciał, których nie znajdzie nikt. Perfekcyjne plany, wiele powodów. A jednak odważył się targnąć na to pierwszy raz.
Kurwa. On nie umarł. I nie miał pojęcia czy to było najlepsze, co mogło się stać, czy najgorsze.
Wstyd rozlewał się po nim gorącą falą i dusił bardziej niż jakakolwiek myśl, jaka wpadła do jego pełnej ciemnych kłębów dymu głowy. Wytarł kolejne łzy płynące mu po twarzy i spojrzał na te dłonie mordercy, które stały się też dłońmi niedoszłego samobójcy. Odebrał ostatnie tchnienie tylu istnień, ale nigdy nie potrafił zrobić tego ze sobą.
- N-Nora - parsknął, jakby z drwiną, ale to nagle okazało się głośnym, obrzydliwym szlochem, prowadzącym do płaczu wykrzywiającego twarz. - M-Mogłem odejść - mógł go zostawić - mogłem go p-porzucić, a mu obiecałem tyle - tak mocno i szczerze, z własnej woli uczynienia ich szczęśliwymi. - Co ja mam zrobić?
Co on miał kurwa zrobić?
Jak miał iść... iść do New Forest i powiedzieć, że próbował zabić się w momencie, w którym byli razem. Laurent Prewett był jego siłą napędową do istnienia, jego... wszystkim. Zostawił dla niego każdego z kim był, obiecywał mu jakieś wesela, gwiazdy z nieba i księżyc, bezgraniczne oddanie na zawsze, a później zrobił to - i niewątpliwie zawiódł go tak dogłębnie, jak tylko dało się zawieść kogoś, kto ostatni miesiąc spędził na uczeniu się ciebie i próbach uczynienia cię szczęśliwym. Tragedia. Jego życie było pasmem porażek przypominających mu o własnej bezużyteczności. Prawie zginęli w tamtej cholernej jaskini, chociaż większość życia spędził na Ścieżkach. Nie potrafił zabić Dantego. A teraz jeszcze to - upiorna wizja rychłego rozstania albo bycia z nim z litości był jeszcze gorszy niż śmierć. Zacisnął oczy i odgarnął włosy z czoła, ale jak na złość świat nadal istniał.
- Zrobiliśmy z Thomasem coś cholernie głupiego. - On tego nie powiedział. On to wyjęczał, a później zaniósł się kaszlem od dymu i tych dziwacznych grzybów.
- Zrobiłem coś cholernie głupiego Nora.
Zrobił coś, co widziała. W tamtej chwili tego chciał - poderżnięcie sobie gardła wydawało się czymś oczywistym, dobrym zakończeniem dla kogoś, kto przyniósł na ten świat tyle złego, tyle bólu, tyle... namacalnego okrucieństwa, którego nie dało się uzasadnić niczym, nawet jeżeli miał ciężkie dzieciństwo, a niektóre słowa krzywdziły go tak mocno, że zdzierał sobie knykcie, uderzając o meble palcami zaciśniętymi w pięści. Zawsze odpychał od siebie życie, zawsze planował swój koniec, miał idealnie ułożoną samobójczą ścieżkę, do której chciał kiedyś namówić Millie Moody, żeby razem mogli poczuć jak po kalifornijskiej przygodzie, wszystkie rozterki odpływają leniwym nurtem, a oni przyćpani nie czują już nic, pozostawiają po sobie pustkę, parę gnijących ciał, których nie znajdzie nikt. Perfekcyjne plany, wiele powodów. A jednak odważył się targnąć na to pierwszy raz.
Kurwa. On nie umarł. I nie miał pojęcia czy to było najlepsze, co mogło się stać, czy najgorsze.
Wstyd rozlewał się po nim gorącą falą i dusił bardziej niż jakakolwiek myśl, jaka wpadła do jego pełnej ciemnych kłębów dymu głowy. Wytarł kolejne łzy płynące mu po twarzy i spojrzał na te dłonie mordercy, które stały się też dłońmi niedoszłego samobójcy. Odebrał ostatnie tchnienie tylu istnień, ale nigdy nie potrafił zrobić tego ze sobą.
- N-Nora - parsknął, jakby z drwiną, ale to nagle okazało się głośnym, obrzydliwym szlochem, prowadzącym do płaczu wykrzywiającego twarz. - M-Mogłem odejść - mógł go zostawić - mogłem go p-porzucić, a mu obiecałem tyle - tak mocno i szczerze, z własnej woli uczynienia ich szczęśliwymi. - Co ja mam zrobić?
Co on miał kurwa zrobić?
Jak miał iść... iść do New Forest i powiedzieć, że próbował zabić się w momencie, w którym byli razem. Laurent Prewett był jego siłą napędową do istnienia, jego... wszystkim. Zostawił dla niego każdego z kim był, obiecywał mu jakieś wesela, gwiazdy z nieba i księżyc, bezgraniczne oddanie na zawsze, a później zrobił to - i niewątpliwie zawiódł go tak dogłębnie, jak tylko dało się zawieść kogoś, kto ostatni miesiąc spędził na uczeniu się ciebie i próbach uczynienia cię szczęśliwym. Tragedia. Jego życie było pasmem porażek przypominających mu o własnej bezużyteczności. Prawie zginęli w tamtej cholernej jaskini, chociaż większość życia spędził na Ścieżkach. Nie potrafił zabić Dantego. A teraz jeszcze to - upiorna wizja rychłego rozstania albo bycia z nim z litości był jeszcze gorszy niż śmierć. Zacisnął oczy i odgarnął włosy z czoła, ale jak na złość świat nadal istniał.
- Zrobiliśmy z Thomasem coś cholernie głupiego. - On tego nie powiedział. On to wyjęczał, a później zaniósł się kaszlem od dymu i tych dziwacznych grzybów.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.