Wygospodarował swój czas, żeby móc przyjść i odpowiedzieć na to wezwanie. Dumnie brzmiało, prawda? Prawdopodobnie było bardzo niewiele wiadomości, na które by nie odpowiedział, szczególnie takie nawiązujące do pomocy. W tym wypadku to nawet była dla niego ulga - możliwość poświęcenia się czemuś, co naprawdę kochał, co może podsycić i podrapać jego ciekawość, szukając ciągłych odpowiedzi na to, czemu jest tak, a nie inaczej. Nie spodziewał się tego, że przy okazji usłyszy jeszcze inne nowiny od Victorii. Dobrze, że miała zapas naprawdę dobrej herbaty.
Piękno czarnych róż podziałało na niego oszałamiająco. Zwolnił kroku, aż zatrzymał się, szeroko otwierając oczy na te niesamowite kwiaty. Ich mocny zapach był pierwszym, co czułeś, zanim dobrze wystawiłeś nogę do tego ogrodu. Zapach ziemi - nie słodkiego, mdlącego zapachu róż. To był ten zapach, który orzeźwiał każdego człowieka po długim czasie palącego słońca. Potrzeba dotknięcia tych płatków była zabójcza - i nawet miał ten drobny gest, jakby chciał to zrobić. Jego ułomny instynkt samozachowawczy działał jak zwykle w ten sam sposób - czyli średnio działał. Średnio, bo jednak rozsądek tutaj podpowiadał doświadczonemu zoologowi - nie dotykasz gołymi rękoma niepoznanych gatunków, jeśli ręka ci miła. Tyczyło się to tak samo fauny jak i flory. Więc dłoń nigdy nie sięgnęła celu, opuszki nie przekonały się, czy są tak samo aksamitne jak płatki każdej innej róży. Wyglądały tak. Jego ciekawość przez chwile będzie musiała obejść się smakiem.
- Przepiękne. Jakby zamroziły czas. - Z tym odczuciem kojarzyła mu się atmosfera. Jakby ktoś chciał tutaj coś zatrzymać, jakby te róże chciały coś zatrzymać. Ten ogród - na przykład. Zamknąć go pod kopułą ze swych ciernistych pnączy i sprawdzić, czy znajdzie się śmiałek, który będzie próbował się przez nie przedrzeć. Ciekawe, czy były trujące? Błysk w oku Laurenta sugerował, że miał ochotę teraz sprawdzić tutaj dosłownie wszystko. - Słyszałem o tym. Miałem pytać. - Zapobiegliwie uprzedziła to pytanie. Złapała tym jego zainteresowanie - sprawiła, że oderwał zachwycone spojrzenie od ogrodu, żeby spojrzeć na samą Victorię. - Myślę, że Królowa Nocy znalazła swe Królestwo. - Zrobił dwa kroki w tył i spojrzał na ten widok. Na Victorię stojącą przed tym ogrodem, na jego tle. Znała go na tyle, że doskonale wiedziała, co ta mina znaczy, którą aktualnie przybierał, z tymi szeroko otworzonymi oczami - podziwiał piękno, które było przed nim wyrysowane. Żywy przykład tego, że nie było takich obrazów ani zdjęć zdolnych do zamknięcia chwili w ramkach. Ta chwila była piękna właśnie dlatego - była ulotna. Skończy się i zaraz nie będzie takiego samego oświetlenia, nie będzie nawet takiego samego ułożenia fałd materiałów tej cudownej, minimalistycznej sukni. To był zachwyt. Głębokie przeżywanie tego, co u Laurenta nigdy nie ujawniało się piskami, krzykami czy jakkolwiek inaczej, bo przecież mu nie wypadało. Zrobił z palców symbol aparatu i przymierzył go do tego widoku - do Victorii na tle Maida Vale, przymrużając jedno oko. Wiedział, że nie o to go pytała, ale nie potrafił sobie podarować. - Gdyby piękno mogło zakwitać ciemnym kwiatem przybrałoby formę Victorii Lestrange...
!Maida Vale