Poklepał Norę po czubku głowy, starając się nie zepsuć jej zbytnio przy tym fryzury.
— Kamień spadł mi z serca, że wysłali tu kogoś, kto faktycznie zna się na tych wszystkich roślinkach — rzucił cicho.
Znając życie, gdyby wysłano by go tutaj samego lub z Brenną, to oboje prędzej by rozdeptali kwiatka, którego tak rozpaczliwie poszukiwali alchemicy z Zakonu Feniksa. W tym przypadku wiedza eksperta była wręcz wskazana. Erik nie zdążył nawet wdać się z Norą w dłuższą dyskusję, gdy dołączyła do nich kolejna osoba.
— Bardziej się chyba nie da — stwierdził z lekkim uśmiechem, po czym pochylił lekko głowę w geście powitania. Po chwili wyciągnął z kieszeni paczkę cukierków, oferując po jednym Norze i Giovanniemu: — Miętusa?
Obdarzył Urquarta ciekawskim spojrzeniem. Sądząc po obecnym składzie grupy, wysłano tutaj osoby o dosyć zróżnicowanych talentach. To z kolei kazało mu się zastanawiać, jaki był klucz doboru uczestników wyprawy. Dowództwo na pewno nie zależało na wysłanie tutaj samych zielarzy. W końcu sam dostał zaproszenie, a list od Idy był dosyć prosty w swym przekazie; polecono mu dołączyć przez doświadczenie w terenie, wieloletni straż w Brygadzie, blablabla.
Podejrzewał, czemu Nora dostała rozkazy. Może była znana głównie ze swych wypieków, ale miała spore doświadczenie w warzeniu magicznych mikstur. Mogła się przydać podczas poszukiwań antidotum. Ale Gio? Jeśli dobrze kojarzył, było mu bliżej do naukowca. Czyżby czegoś nam nie powiedzieli?, pomyślał. Wprawdzie raczej nie okłamali ich w kwestii Arabelli, ale może czekało ich tam coś więcej, niż podróż przez górskie wniesienia czy kwieciste łąki w celu znalezienia ratunku dla badaczki?
— Robię, co w mojej mocy, aby korona mi zbytnio nie ciążyła — odbił piłeczkę, uśmiechając się pogodnie do Giovanniego. Starał się zbytnio nie krzywić na wzmiankę o balu. Minęło już od niego sporo czasu, a teraz miał na głowie dużo większe problemy, niż to, że musiał spędzić kilka upokarzających minut na scenie, będąc świadkiem tego, jak jest licytowany przez przedstawicieli najbardziej znanych rodów czarodziejów w kraju.
Na szczęście niedane mu było wrócić na dłużej myślami do tamtej nocy, gdyż na miejscu pojawiła się ostatnia uczestniczka wyprawy. Na widok Cecylki uśmiechnął się od ucha do ucha i z trudem powstrzymał się przed tym, aby nie wziąć panny Lupin na barana. Gdyby nie ten wielki plecak, to zapewne by to zrobił, oczywiście czysto koleżeńsko.
— Spokojnie, skrzacie. Płuca wrócą na miejsce, jak wylądujemy w Szkocji — odezwał się z miną znawcy. Na wieść o kanapkach zaświeciły mu się oczy: — Wy to wiecie, jak zadbać o prowiant... A skoro już przy tym jesteśmy, miętusa?
Wyszarpnął ponownie paczkę cukierków, oferując jedną sztukę dziewczynie i dopiero na koniec sam wziął jednego do ust. Gdy już przygotowali się do skorzystania z magicznego artefaktu, chwycił za zaklętego buta po odpowiedniej komendzie Nory.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞