16.02.2025, 17:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2025, 17:54 przez Brenna Longbottom.)
Widmowidzenie Brenny nie było najpilniej strzeżoną tajemnicą na świecie, bo używała go w pracy – ale i w Departamencie wiedzieli o nim tylko ci, którym widmowidz był akurat potrzebny, kiedy ona znalazła się pod ręką, i raczej nie było to coś, o czym opowiadała przyjaciołom nad kawą. Niezbyt lubiła rozmawiać o tym, widywała w dymie świec. Nie chciała, by przestępcy automatycznie zakładali, że na miejsce zbrodni mogą sprowadzić widmowidza i starali się lepiej usuwać ślady. Poza tym zwyczajnie w ostatnich latach sytuacja w kraju robiła się niebezpieczna i chwalenie się swoimi umiejętnościami nie wydawało się Brennie dobrym pomysłem: nawet w Departamencie wolała więc pozować na widmowidza potrafiącego mniej niż faktycznie potrafiła.
I zwyczajnie nie chciała zwykle brać prywatnych zleceń. Ale to był trochę inny przypadek, zwłaszcza jeśli miał być związany z tym, że ostatnimi czasy w New Forest najwyraźniej często działy się złe rzeczy.
– Cześć – powiedziała, uśmiechając się do niego na przywitanie, a potem na moment spojrzała na jarczuka. – Cześć, Duma – przywitała się, rozkładając lekko ręce i przez moment stojąc po prostu w bezruchu, jakby demonstrowała, że nie planuje się na nikogo rzucać, a na pewno nie na Laurenta. Nie próbowała ruszać do zwierzaka, chociaż lubiła zwierzęta, bo zwykle nie była na tyle głupia, aby naruszać granice jakiegokolwiek psa, który nie podchodził do niej sam, a już na pewno nie takiego szkolonego do walki, o którym wspomniano jej niedawno, że nie miał ostatnio dość czasu na wybieganie się.
Spojrzenie ciemnych oczu Brenny zaraz wróciło do Laurenta. Zwykle to ona gadała na powitanie, teraz jednak, gdy słowa posypały się z jego ust, milczała po prostu, wsłuchując się w kolejne zdania. Nijak nie zareagowała na wspomnienie o partnerze: nie, nigdy nie miała powodów podejrzewać, że Laurent Prewett wolał mężczyzn, więc prawdopodobnie zaskoczyło ją to nagłe wyznanie, ale cokolwiek o tym pomyślała, nie uwidoczniło się to na jej twarzy. Było to wyznanie, którego wagę być może powinna w tym momencie w pełni zrozumieć i jakoś zareagować, ale gdy się odezwała, mówiła jak na siebie bardzo rzeczowo i skupiając się na konkretach.
– W przypadku listów sama nie jestem pewna, czego się spodziewać. Jest z nimi trochę trudniej niż z osobistymi rzeczami, które ktoś długo miał przy sobie i mogę nie dać rady, ale wyciągałam już z takich wspomnienia. Oklumentów… czasem udaje mi się przebić, czasem nie. Ale jeżeli na przykład rozmawiał z kimś nad tym listem, mogę zobaczyć czy usłyszeć drugą stronę – Jej umiejętności oscylowały w tej chwili gdzieś przy tym poziomie, który pozwalał próbować, ale wcale nie gwarantował sukcesu, bo pracowała nad nimi wiosną i latem między innymi dlatego, że chciała tę barierę przebić… gdy jednak ostatnio się na nią natrafiła, usłyszała słowa Dante (co za zbieg okoliczności – to samo imię, choć inna osoba) i Halla, nie zobaczyła twarzy i potem skończyła półprzytomna na podłodze. – Spróbować nie zaszkodzi. Im świeższe wspomnienia, tym łatwiej je wyciągnąć. I pomoże, jeśli wskażesz, czego szukać. Miejsca? Twarzy? Słów? Kto je napisał? Kto je wysyłał? Konkretnych haseł?
I zwyczajnie nie chciała zwykle brać prywatnych zleceń. Ale to był trochę inny przypadek, zwłaszcza jeśli miał być związany z tym, że ostatnimi czasy w New Forest najwyraźniej często działy się złe rzeczy.
– Cześć – powiedziała, uśmiechając się do niego na przywitanie, a potem na moment spojrzała na jarczuka. – Cześć, Duma – przywitała się, rozkładając lekko ręce i przez moment stojąc po prostu w bezruchu, jakby demonstrowała, że nie planuje się na nikogo rzucać, a na pewno nie na Laurenta. Nie próbowała ruszać do zwierzaka, chociaż lubiła zwierzęta, bo zwykle nie była na tyle głupia, aby naruszać granice jakiegokolwiek psa, który nie podchodził do niej sam, a już na pewno nie takiego szkolonego do walki, o którym wspomniano jej niedawno, że nie miał ostatnio dość czasu na wybieganie się.
Spojrzenie ciemnych oczu Brenny zaraz wróciło do Laurenta. Zwykle to ona gadała na powitanie, teraz jednak, gdy słowa posypały się z jego ust, milczała po prostu, wsłuchując się w kolejne zdania. Nijak nie zareagowała na wspomnienie o partnerze: nie, nigdy nie miała powodów podejrzewać, że Laurent Prewett wolał mężczyzn, więc prawdopodobnie zaskoczyło ją to nagłe wyznanie, ale cokolwiek o tym pomyślała, nie uwidoczniło się to na jej twarzy. Było to wyznanie, którego wagę być może powinna w tym momencie w pełni zrozumieć i jakoś zareagować, ale gdy się odezwała, mówiła jak na siebie bardzo rzeczowo i skupiając się na konkretach.
– W przypadku listów sama nie jestem pewna, czego się spodziewać. Jest z nimi trochę trudniej niż z osobistymi rzeczami, które ktoś długo miał przy sobie i mogę nie dać rady, ale wyciągałam już z takich wspomnienia. Oklumentów… czasem udaje mi się przebić, czasem nie. Ale jeżeli na przykład rozmawiał z kimś nad tym listem, mogę zobaczyć czy usłyszeć drugą stronę – Jej umiejętności oscylowały w tej chwili gdzieś przy tym poziomie, który pozwalał próbować, ale wcale nie gwarantował sukcesu, bo pracowała nad nimi wiosną i latem między innymi dlatego, że chciała tę barierę przebić… gdy jednak ostatnio się na nią natrafiła, usłyszała słowa Dante (co za zbieg okoliczności – to samo imię, choć inna osoba) i Halla, nie zobaczyła twarzy i potem skończyła półprzytomna na podłodze. – Spróbować nie zaszkodzi. Im świeższe wspomnienia, tym łatwiej je wyciągnąć. I pomoże, jeśli wskażesz, czego szukać. Miejsca? Twarzy? Słów? Kto je napisał? Kto je wysyłał? Konkretnych haseł?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.