- Na szczęście do takich osób się nie zaliczamy, prawda? - Może faktycznie nieodpowiednie było porównywanie ich do ogółu, ale tak samo jak wszystkim przecież groziło im niebezpieczeństwo, tylko o to jej chodziło, nic więcej. Niepotrzebnie zresztą wywlekała tę myśl, bo Roise jak zawsze wykorzystał to przeciwko niej, powinna się tego spodziewać, nieprawdaż? To wcale nie powinno jej zaskoczyć.
- To dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę, czarna magia to nie wszystko. - Jasne, próbowała doceniać również i ją, tyle, że właśnie nigdy na pewno nie byłby to jej pierwszy wybór. Zdecydowanie wolała metody, które znała od lat, po które sięgała od dawien dawna. Nie, żeby specjalnie lubiła się tym chwalić, nie do końca czuła, że było czym i tak spora część społeczeństwa traktowała ją jako odmieńca z racji na zawód, który sobie wybrała. Nie wszyscy byli w stanie zrozumieć to, że walczyła ze stworzeniami po to, aby im się żyło lepiej. Znajdowali się popierdoleni czarodzieje, którzy twierdzili, że była morderczynią, że z zimną krwią zabijała zupełnie niewinne istoty, szkoda, że nie potrafili dostrzec co te bestie robiły ludziom. Na szczęście byli i tacy, którzy doceniali jej wkład w to, co robiła dla magicznej społeczności, nie, żeby szczególnie interesowała ją opinia innych, tak naprawdę miała w nią dosyć mocno wyjebane, bo wiedziała, że to robi ma głębszy sens.
Nigdy nie widziała Ambroisa podczas tego, czym zajmował się w swoim wolnym czasie. Może poza tym jednym razem, gdy była przy nim, kiedy skrócili cierpienie pewnego Rosiera, ale intencje mieli dobre. Nie wydawało jej się więc, aby Greengrass był jakimś bezwzględnym mordercą. Nie to, żeby nie chciała kiedyś zobaczyć na własne oczy tego, w jaki sposób walczy, jaki jest bezwzględny, wbrew pozorom czuła, że zrobiłoby to na niej ogromne wrażenie, ta jego mroczniejsza odsłona. Może nie najlepiej to o niej świadczyło, ale co mogła zrobić z tym, że pociągało ją to, nawet sama świadomość tego, co Roise byłby w stanie zrobić aby ochronić swoich bliskich. Niosło to również ze sobą poczucie bezpieczeństwa, a to też było dość istotne w czsach, w których przyszło im żyć. Oczywiście nie zamierzała mu teraz o tym wspominać, pewnie wziąłby ją za wariatkę, ale co mogła innego powiedzieć, Yaxleyówna była nieco popierdolona.
Jasne, ich podejścia nieco się różniły, Geraldine rzadko kiedy zastanawiała się nad tym, czy warto jest ryzykować dla innych, czy ktoś zrobiłby dla niej to samo, tak naprawdę bez mniejszego oporu pchała się w każdą jatkę, ale co z tego? Sięgali po te same metody, ona i on, może w różnych sytuacjach, ale oboje byli w pewien sposób spaczeni, nie mógł z tym nic zrobić.
Prychnęła głośno, gdy wspomniał o tym, że nie ma zasad. Znowu? Powinni w końcu konkurować w czymś, gdzie określą zasady, bo tak, to zapewne nigdy nie będzie miała szansy na to, żeby z nim wygrać. Ambroise przecież ciągle oszukiwał, nie, żeby ona szczególnie trzymała się czegokolwiek, ale on był w tym zdecydowanie lepszy. Nie przyznała tego oczywiście w głos, bo jeszcze uznałby, że się poddała, czy coś. - Uroczo, jesteś elokwentny jak zawsze. - Mruknęła jedynie cicho, nie kontynuując już tej dalszej przepychanki słownej. Jej własny pan doktor, taki wygadany, gdyby go tylko teraz widziało jego towarzystwo z Munga...
- Tak niemalże, bo zgadzać się ze sobą we wszystkim, to trochę nudne, co nie? - Mimo wszystko uważała, że kiedyś całkiem nieźle im to wychodziło, naprawdę byli w tym nieźli. Udawało im się znaleźć rozwiązanie na każdy naglący ich problem. Byli w tym mistrzami, chociaż nie robiła tego w przypadku nikogo innego. Zawsze starała się przepchnąć swoje zdanie, ale nie tutaj, z Roisem było inaczej. - To prawda, byliśmy, trochę mi tego brakuje. - Kiedyś wszystko wydawało się być jakieś takie łatwiejsze. Może to przez to, że teraz znajdowali się po dwóch, zupełnie przeciwnych stronach, żadne z nich nie chciało odpuszczać, więc w ogóle nie brali pod uwagę szukania złotego środka, a tak właściwie to przecież też oficjalnie już ustalili, że nie istniał, co nieco komplikowało sprawę.
Westchnęła ciężko, nie podobało jej się to, że zaczął podważać sposobność wizyty u Florence. Ten temat nie dawał im spokoju, jej zdaniem powinni to zweryfikować, jak najszybciej, a skoro mieli taką możliwość, to co ich przed tym właściwie powstrzymywało? - Wiem, że jesteś uzdrowicielem, ale Flo to moja przyjaciółka, a nie jakiś pierwszy, lepszy uzdrowiciel z łapanki. - To było dość istotnym szczegółem, wydawało jej się, że w tym przypadku najpierw będzie przyjaciółką, a dopiero później medykiem, zamierzała to podkreślać. - Będziesz tam ze mną, gwarantuje Ci, że potraktuje Cię jako swojego. - Nie miała pojęcia, co jeszcze wypadałoby powiedzieć, aby przystał na ten durny pomysł, znaczy wyśmienity pomysł, tak. - Nie będziesz musiał się za bardzo odzywać, po prostu pójdź tam ze mną, wezmę to na siebie, proszęęę. - Wygięła usta w podkówkę, licząc na to, że to chociaż trochę pomoże jej zmienić jego zdanie.
- Jak? Odpowiednio, pomijając te nieistotne szczegóły. - Nie zamierzała mu teraz mówić wszystkiego, wiedziała jednak, że uda jej się ominąć te fakty, o których nikt poza nimi nie powinien wiedzieć.
- Zaufaj mi, jeszcze ten jeden raz, obiecuję, że wszystko pójdzie po naszej myśli. - Właściwie to po jej, bo Ambroise przecież tego nie chciał, ale naprawdę bardzo jej zależało na tym, żeby w końcu poruszyli temat ich wspólnej klątwy z jakimś specjalistą. Skoro ciągle do tego wracali, skoro nie dawało im to spokoju, to warto było to zrobić.
- Już niedługo będziesz miał szansę, przecież wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. - Może nie mieli juz niedługo spędzać razem czasu, może ich drogi miały się rozejść, to na pewno nie przeszkodzi Yaxleyównie dotrzymać słowa. Powinien mieć tego świadomość, to nie było nic wyjątkowego, zawsze tak robiła.
Może nie miała tendencji do wylewania z siebie zbyt wielu słów, ale skoro obiecała, że to zrobi, to cóż, na pewno się postara o to, aby nieco się otworzyć. Jak jej na czymś bardzo zależało, to potrafiła zmieniać swoje przyzwyczajenia.
- Rozumiem, chcesz mieć swoja własną listę, w sensie być na osobnej liście? Całkiem sprytne. - Nie miałaby nic przeciwko temu, wcale, a wcale. Może dzięki temu mogłaby gdzieś zgubić tę druga listę z wszystkimi innymi problemami, którymi powinna się aktualnie zajmować. Wcale nie byłaby z tego powodu rozczarowana, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie powinna porzucać tych innych, naglących ją spraw. Trochę się ich ostatnio nazbierało.
- Nie wiem, czyim innym, po prostu gubię się trochę w tym, czy chesz być moim problemem, czy jednak nie, a jak nie byłbyś moim problemem, to stałbyś się problemem kogoś innego? - Po raz kolejny zaczęła się gubić w tych swoich rozważaniach, ale sami to sobie robili. Mówili jedno, robili drugie, miała prawo nie ogarniać tego, co się z nimi działo. Liczyła na to, że Ambroise jednak postanowi zostać tylko i wyłącznie jej własnym problemem, ta perspektywa jej się najbardziej podobała.
- Problemy mają to do siebie, że lubią eskalować, ale jestem w stanie to znieść. - Inaczej pewnie już dawno by stąd odeszła, a chciała nadal w to brnąć, sprawdzić, co przyniosą im kolejne dni, mimo, że przecież nie mogła spodziewać się niczego dobrego, jakoś zupełnie jej to nie odstraszało, wręcz przeciwnie.