17.02.2025, 10:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2025, 10:48 przez Charles Mulciber.)
Charlie dostrzegł, że w jego ciele rozlewa się nie tylko pustka, ale przejmuje go nieopisany wręcz żal. Ten, któremu wierzył i który był dla niego wzorem, ostatecznie nie stanął po jego stronie, gdy przyszła konieczność wyboru. Czuł się zdradzony i skrzywdzony, a słowa ojca tylko rozniecały te uczucia. Podniósł znów wzrok na ojca i nienawidził tego, jak oczy zapiekły go od gorących łez. Nie zgodził się, by popłynęły, szybko, ale dość brutalnie przetarł je, by pozbyć się oznak słabości.
- Tato... Jakie znaczenie mają twoje intencje, skoro pozwoliłeś mnie odesłać? - Zapytał wprost. Richard miał chęci, ale to nie wystarczyło. Charles nie wiedział, czy Richard walczył o jego pozostanie w kamienicy, czy bez słowa przytaknął bratu. Jakkolwiek było, ostateczny rezultat był jeden i przeważył na sprawie. Ojciec nie okazał się wsparciem, którego Charles potrzebował. - Zasłaniasz się posłuszeństwem wobec Roberta... Dlaczego nie wykorzystałeś obowiązku opieki wobec syna? Teraz chcesz mieć mnie na oku. Dlaczego, tato? W tej całej sytuacji, więcej wsparcia dostałem od Alexandra, niż od ciebie!
Richard musiał być przekonany o słuszności swoich postanowień, ale Charles odbierał je zupełnie inaczej. Wziął głębszy oddech, by uspokoić narastającą złość, a wraz z nią ucisk w gardle. Odmawiał rozpłakania się po raz kolejny. Dość łez wylał przez tą sytuację.
- Nie wiem, czym była dla ciebie ta sytuacja, tato. Ojcze. Dla mnie... Zmienił się cały świat. Straciłem wszystko. Nie rozumiesz? Od zawsze miałem tylko ciebie, tylko ciebie mogłem prosić o pomoc, a nagle... Zostałem zupełnie sam, z Leo? Sam musiałem znaleźć mieszkanie, sam musiałem się tutaj urządzić. A teraz przychodzisz i zapraszasz mnie z powrotem do kamienicy, bo Robert umarł? - Wyrzucił ojcu, nie planując już nad słowami. Ta rozmowa była odwlekana przez zbyt dużo czasu i słowa płynęły, jak lawina, której nie mógł zatrzymać. - Pozwól mi skończyć. - Uniósł dłonie, powstrzymując ojca, gdyby ten chciał mu wejść w słowo. - Chcesz mnie w kamienicy, chcesz mnie w sklepie? Nie wiesz nawet, ile ta rozmowa mogłaby dla mnie znaczyć... Jeszcze parę dni temu. Teraz jest tylko smutnym potwierdzeniem tego, co musiałem zrozumieć przez ostatnie tygodnie. Jestem twoim synem tylko wtedy, gdy jest to dla ciebie wygodne, a kiedy pojawiają się problemy, jestem tylko kłopotem, prawda? Nigdy nie bylem dla ciebie ważny. Wierzyłem, że nie pozwolisz mnie skrzywdzić, mimo potknięć, ale teraz wiem, że nigdy nie będę twoją dumą, niezależnie od tego, jak miałbym się starać. - Przyznał gorzko, nie rozumiejąc zawiłości magicznego świata w Anglii. Nie wiedział, ile może mu grozić, wierzył jednak, że to nie Richard jest osobą, która może go ochronić, skoro nie ochronił go przed własną rodziną. - Chcę cię wspierać, tato, bo sam dużo straciłeś. Ale zrobię to na moich zasadach.
Nie powstrzymał prychnięcia, źle rozumiejąc intencje pytania.
- Naprawdę teraz chcesz rozmawiać o tym, kogo poznałem? Chcesz prawić mi morały, że w pracy pan Trelawney i panna Greyback nie są dość czystej krwi, żeby zadawać się z panem Mulciberem? Panem Mulciberem, który poza czystością krwi nie ma niczego, do tego stopnia, że musi wynajmować mieszkanie, pracować za grosze pod butem kogoś innego, którego poprzez decyzje brata wyrzeka się własny ojciec?! - Podniósł głos, pozwalając żalowi płynąć.
- Tato... Jakie znaczenie mają twoje intencje, skoro pozwoliłeś mnie odesłać? - Zapytał wprost. Richard miał chęci, ale to nie wystarczyło. Charles nie wiedział, czy Richard walczył o jego pozostanie w kamienicy, czy bez słowa przytaknął bratu. Jakkolwiek było, ostateczny rezultat był jeden i przeważył na sprawie. Ojciec nie okazał się wsparciem, którego Charles potrzebował. - Zasłaniasz się posłuszeństwem wobec Roberta... Dlaczego nie wykorzystałeś obowiązku opieki wobec syna? Teraz chcesz mieć mnie na oku. Dlaczego, tato? W tej całej sytuacji, więcej wsparcia dostałem od Alexandra, niż od ciebie!
Richard musiał być przekonany o słuszności swoich postanowień, ale Charles odbierał je zupełnie inaczej. Wziął głębszy oddech, by uspokoić narastającą złość, a wraz z nią ucisk w gardle. Odmawiał rozpłakania się po raz kolejny. Dość łez wylał przez tą sytuację.
- Nie wiem, czym była dla ciebie ta sytuacja, tato. Ojcze. Dla mnie... Zmienił się cały świat. Straciłem wszystko. Nie rozumiesz? Od zawsze miałem tylko ciebie, tylko ciebie mogłem prosić o pomoc, a nagle... Zostałem zupełnie sam, z Leo? Sam musiałem znaleźć mieszkanie, sam musiałem się tutaj urządzić. A teraz przychodzisz i zapraszasz mnie z powrotem do kamienicy, bo Robert umarł? - Wyrzucił ojcu, nie planując już nad słowami. Ta rozmowa była odwlekana przez zbyt dużo czasu i słowa płynęły, jak lawina, której nie mógł zatrzymać. - Pozwól mi skończyć. - Uniósł dłonie, powstrzymując ojca, gdyby ten chciał mu wejść w słowo. - Chcesz mnie w kamienicy, chcesz mnie w sklepie? Nie wiesz nawet, ile ta rozmowa mogłaby dla mnie znaczyć... Jeszcze parę dni temu. Teraz jest tylko smutnym potwierdzeniem tego, co musiałem zrozumieć przez ostatnie tygodnie. Jestem twoim synem tylko wtedy, gdy jest to dla ciebie wygodne, a kiedy pojawiają się problemy, jestem tylko kłopotem, prawda? Nigdy nie bylem dla ciebie ważny. Wierzyłem, że nie pozwolisz mnie skrzywdzić, mimo potknięć, ale teraz wiem, że nigdy nie będę twoją dumą, niezależnie od tego, jak miałbym się starać. - Przyznał gorzko, nie rozumiejąc zawiłości magicznego świata w Anglii. Nie wiedział, ile może mu grozić, wierzył jednak, że to nie Richard jest osobą, która może go ochronić, skoro nie ochronił go przed własną rodziną. - Chcę cię wspierać, tato, bo sam dużo straciłeś. Ale zrobię to na moich zasadach.
Nie powstrzymał prychnięcia, źle rozumiejąc intencje pytania.
- Naprawdę teraz chcesz rozmawiać o tym, kogo poznałem? Chcesz prawić mi morały, że w pracy pan Trelawney i panna Greyback nie są dość czystej krwi, żeby zadawać się z panem Mulciberem? Panem Mulciberem, który poza czystością krwi nie ma niczego, do tego stopnia, że musi wynajmować mieszkanie, pracować za grosze pod butem kogoś innego, którego poprzez decyzje brata wyrzeka się własny ojciec?! - Podniósł głos, pozwalając żalowi płynąć.