17.02.2025, 22:15 ✶
- Za to, że dałem się ponieść niechęci do Sauriela - odparłem w odpowiedzi, nie patrząc na wampira. Nie zamierzałem widzieć satysfakcji na jego mordzie, właściwie to niczego nie chciałem na niej widzieć, więc lepiej było go po prostu olewać. Może najlepiej udawać, że go tu wcale nie było. - I za atak... Zaskoczyło mnie to, nie byłem przygotowany na tak szybki rozwój sprawy - dodałem po chwili, bo jednak to mi ciążyło najbardziej. Wiedziałem, że to było... normalne? Nie, to nie było normalne, nawet jeśli Victoria chciała sama ujrzeć sedno problemu na własne oczy. Nie znosiłem tego Astarotha, którym się stawałem, kiedy zew krwi przejmował nade mną władzę. Nikomu nie życzyłem widzenia tej persony, a tym bardziej walczenia z nią albo uciekania przed nią, więc... tak, zamierzałem przepraszać nawet całe wieki i te całe wieki nie zamierzałem pozwolić na przebaczenie sobie.
Wstałem machinalnie na prośbę Victorii. Rany były świeże, ale to nic w porównaniu z tym, co czułem w związku z całym tym zajściem. Nic nie miało być gorsze w moim życiu... nieżyciu od wampiryzmu. Dławiłem się tą myślą, szczególnie dotkliwie wtedy, kiedy byłem tuż po pożywianiu się, utracie kontroli. Rany fizyczne? Nie były mi obce. Byłem zapalonym graczem Quidditcha, łowcą z krwi i kości. Mogłem krwawić całe życie, gdybym w ten sposób mógł się pozbyć pary kłów i potrzeby chlania krwi.
Wypiłem do dna eliksir od Victorii. Nie zasługiwałem na tę dobroć, ale nie odezwałem się ani słowem, wpatrując się w deski na podłodze. Nie szukałem dziury w całym. Ja byłem całą dziurą. Nie chciałem słuchać opowieści Sauriela o jego głodzie, ale z drugiej strony miałem przeogromną nadzieję, że było z nim podobnie...? To zdecydowanie dałoby mi chociaż rąbek nadziei, chociaż... on był kompletnie inny. Ja brałem to bardzo personalnie do siebie, stałem się nad wyraz wyczulony emocjonalnie. Powinienem ubijać wampiry, a nie nim być, a nie z takim typem współpracować, szczególnie po tym jak mi wyznał, że go kręci, kiedy oni się boją. Bleh.
- Nie jestem pewien... Chyba nic mi nie jest - odparłem niepewnie, wznosząc spojrzenie na Victorię aby mogła mnie zbadać. Widziałem tę zaschniętą krew, wiedziałem, że powinienem dostawać świra na jej widok, ale ten podły głosik ucichł. Nic mnie nie kusiło do złego. Ten drugi Astaroth zniknął z mojej głowy. Przynajmniej na jakiś czas, bo obstawiałem, że eliksir nie zamierzał działać wiecznie...? A może jednak?
- Jest mi to obojętne - dodałem, wskazując na jej zakrwawioną rękę. - Podszepty bestii ucichły. Nic mnie nie kusi by walczyć o krew, nie czuję mrowienia w zębach... Ono w najgorszych momentach jest jak pożar do ugaszenia - przyznałem, starając się brzmieć neutralnie, ale niezbyt mi to wychodziło. Jedno było jednak pewne - im więcej informacji będzie posiadała Victoria, tym lepiej. Byłem szczurem doświadczalnym. Który mówił, chwała. To pewnie było dla niej niezwykle pomocne.
Uśmiechnąłem się szeroko, niezbyt optymistycznie, pokazując parę kłów. Były na swoim miejscu, więc nie zostałem wykastrowanym wampirem. Po prostu nie chciałem gryźć. Myśl o kłach też nie sprawiała mi problemów. Po prostu byłem. Wciąż wyposażony, a tym samym niebezpieczny, ale wyciszony.
- Myślisz, że mogę się spodziewać... skutków ubocznych? - zapytałem po chwili, bo w sumie to chyba pierwsza próba eliksiru? Nikt tego wcześniej nie spożywał, a ja, cóż, na wariata się zgodziłem na takie eksperymenty. Ale czy coś mogło mi zaszkodzić? Już byłem martwy. Gorzej nie mogło być, prawda?
Wstałem machinalnie na prośbę Victorii. Rany były świeże, ale to nic w porównaniu z tym, co czułem w związku z całym tym zajściem. Nic nie miało być gorsze w moim życiu... nieżyciu od wampiryzmu. Dławiłem się tą myślą, szczególnie dotkliwie wtedy, kiedy byłem tuż po pożywianiu się, utracie kontroli. Rany fizyczne? Nie były mi obce. Byłem zapalonym graczem Quidditcha, łowcą z krwi i kości. Mogłem krwawić całe życie, gdybym w ten sposób mógł się pozbyć pary kłów i potrzeby chlania krwi.
Wypiłem do dna eliksir od Victorii. Nie zasługiwałem na tę dobroć, ale nie odezwałem się ani słowem, wpatrując się w deski na podłodze. Nie szukałem dziury w całym. Ja byłem całą dziurą. Nie chciałem słuchać opowieści Sauriela o jego głodzie, ale z drugiej strony miałem przeogromną nadzieję, że było z nim podobnie...? To zdecydowanie dałoby mi chociaż rąbek nadziei, chociaż... on był kompletnie inny. Ja brałem to bardzo personalnie do siebie, stałem się nad wyraz wyczulony emocjonalnie. Powinienem ubijać wampiry, a nie nim być, a nie z takim typem współpracować, szczególnie po tym jak mi wyznał, że go kręci, kiedy oni się boją. Bleh.
- Nie jestem pewien... Chyba nic mi nie jest - odparłem niepewnie, wznosząc spojrzenie na Victorię aby mogła mnie zbadać. Widziałem tę zaschniętą krew, wiedziałem, że powinienem dostawać świra na jej widok, ale ten podły głosik ucichł. Nic mnie nie kusiło do złego. Ten drugi Astaroth zniknął z mojej głowy. Przynajmniej na jakiś czas, bo obstawiałem, że eliksir nie zamierzał działać wiecznie...? A może jednak?
- Jest mi to obojętne - dodałem, wskazując na jej zakrwawioną rękę. - Podszepty bestii ucichły. Nic mnie nie kusi by walczyć o krew, nie czuję mrowienia w zębach... Ono w najgorszych momentach jest jak pożar do ugaszenia - przyznałem, starając się brzmieć neutralnie, ale niezbyt mi to wychodziło. Jedno było jednak pewne - im więcej informacji będzie posiadała Victoria, tym lepiej. Byłem szczurem doświadczalnym. Który mówił, chwała. To pewnie było dla niej niezwykle pomocne.
Uśmiechnąłem się szeroko, niezbyt optymistycznie, pokazując parę kłów. Były na swoim miejscu, więc nie zostałem wykastrowanym wampirem. Po prostu nie chciałem gryźć. Myśl o kłach też nie sprawiała mi problemów. Po prostu byłem. Wciąż wyposażony, a tym samym niebezpieczny, ale wyciszony.
- Myślisz, że mogę się spodziewać... skutków ubocznych? - zapytałem po chwili, bo w sumie to chyba pierwsza próba eliksiru? Nikt tego wcześniej nie spożywał, a ja, cóż, na wariata się zgodziłem na takie eksperymenty. Ale czy coś mogło mi zaszkodzić? Już byłem martwy. Gorzej nie mogło być, prawda?