Spoglądał uprzejmie to na Louvaina, to na Victorię. Nie było widać po twarzy Laurenta żadnej nadmiernej ciekawości, żadnego przyznania, że Louvain zachowuje się nieodpowiednio przy kimś nieznajomym, ani potwierdzenia, że mu się to podobało, czy że na to pozwalał. Było tam za to ciepło. W tym uśmiechu, subtelnym, które rozjaśniało jego twarz i zrywało promienie słońca, jak ludzka dłoń zrywała kwiaty. W tej samej prostocie, w której Louvainowi przyszłoby zerwać kilka róż z rękawiczkami, w których się pojawił.
Co było normą między tą dwójką? Nie wiedział. Za to wiedział, że niewiele się zmieniło i zarazem bardzo wiele od szkolnych lat. Od kiepskich relacji z Victorią w szkole, poprzez... wszystkie inne ekscesy, jakie miały tam miejsce. Zabawne - wtedy ta szkoła wydawała się całym światem. Największą tragedią była plotka puszczona o tym, że Laurent tak naprawdę jest dziewczynką, a największą satysfakcją było zabranie koleżanki na bal. Tragedia kiepskiej oceny niszczyła twoje życie, a te dobre nagle zamieniały cię w jakiegoś superbohatera. To mignięcie okienka dawnych lat było tak samo nostalgiczne, jak ten ogród. Pachniało tym samym deszczem skapującym na liście starej wierzby. I oto byli dziś... dorośli. Bogatsi w doświadczenia dobre i złe. Nagle sami mogli być już rodzicami - a jakoś żadnemu z nich się do tego nie śpieszyło.
Za to kiedy pojawiła się minka do Louvaina, to Laurent cicho prychnął i zakrył palcami przy tym usta, bo w końcu tak w ogóle nie wypadało! Nie to, żeby ktokolwiek się tutaj tym przejmował... ale Laurent miał pewne rzeczy zakodowane w zachowaniu. Louvaina tak naprawdę nie znał - a skoro kogoś nie znał, to wykazanie się kulturą uważał za obowiązkowe. Ten obowiązek był jednostronny. Przełamywanie granic przez stronę drugą uważał za mile widziane. Bardzo ułatwiało to zrozumienie, jak miało przebiegać to spotkanie i w którym kierunku będzie zmierzało. Sztywne ramy savoir vivre można było zostawić na salony i do korytarzy Ministerstwa.
- W takim razie nie mógłbym sprawić zawodu. - A nawet jeszcze nie wiedział, że jego krew miała tutaj zaśpiewać do wody, jaka wylewała się z tych różanych płatków. Pogłębił mu się nieco uśmiech na to mrugnięcie okiem i spojrzał na Victorię, która zaprzeczyła, jakoby miał to być konkurs. Nie to, że sam zamierzał robić z tego zawody... ale był zawsze otwarty na odrobinę zabawy. Nie łudził się, że miałby szansę z Victorią w sferze roślin. Ale ponoć nie tylko rośliny można było tu spotkać. Obrócił się, by ruszyć alejką. Dzięki bogom za charyzmę na 4 - mógł opanować omdlenie, bo to bożyszcze panien do niego mrugnęło. - Teoria: połączmy to z fenomenem Doliny Godryka i przenikaniem Limbo z naszym światem. - Rzucił, ale już trochę tracąc skupienie na wątku. Chciał nawet się wtrącić do tej rozmowy, coś powiedzieć, coś dodać, ale jego uwaga została ściągnięta w zupełnie inny punkt. Taki, że kiedy Victoria i Louvain rozmwiali, on poczuł nieprzyjemny dreszcz na karku i automatycznie poprowadził ich spacer w tamtą stronę.
Oranżeria wydawała się być... miejscem wyjętym z Limbo. Jak ten zimny moment, w którym schodzisz tam, by wyciągnąć i wywołać jakąś duszę do odpowiedzi. Wieczna pustka, której nic nie może wypełnić. Laurent zatrzymał się automatycznie i stracił nawet wątek w prowadzonej przez tę dwójkę rozmowie, wpatrując się w... dłonie? Odłączył się od nich i wszedł do środka. Czarna róża w donicy wydawała się... płakać. Jakby roniła słone łzy z czerni swoich płatków. Powiódł wzrokiem dookoła, słysząc te dziwne dźwięki... i aż podskoczył, słysząc nagle kroki za sobą. Ale kiedy się odwrócił - to była tylko Victoria i Louvain.
- Och, na Matkę... Wystraszyliście mnie. - Przyłożył dłoń do klatki piersiowej i obrócił się znów z ciekawością w stronę róży. Znał to uczucie... podobne do tego, czego doświadczył na Perle Morza. Wyciągnął dłoń do kropli na róży, by musnąć je palcami.