18.02.2025, 14:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 14:22 przez Alexander Mulciber.)
"Już nie żona Roberta Mulcibera?"
Przechylił delikatnie głowę, starając się przeniknąć znaczenie słów, które smagnęły go po twarzy jak skrzydła wzbijającego się do lotu ptaka, trzepotem piór wyrywającego się z klatki jego dłoni. Nie ujął jej podbródka, nie dotknął jej nawet, aby przesunąć palcami po policzku, wytrzeć krew, która spływała po wymizerowanej twarzy. Nie chciał jej wycierać. Nie należało jej wycierać. Należało pomazać nią twarz, jak rzymski augur przewodzący obrzędom auspicji, pijący krew orłów, aby poczuć transcendencję. Jak chłopak, który znowu oberwał z pięści od silniejszego od siebie, ale śmiał się, plując krwią, zamiast płakać, bo krew na języku smakowała tak, jak smakowało samo życie.
Krew była jedynym dowodem na to, że Lorien wciąż jeszcze żyła, choć z każdym dniem coraz bardziej nikła w oczach – coraz bardziej słabła. Widział to, czuł to. Ale to nie on był dementorem, który siedział na jej piersi i wysysał z niej życie. Dłonie Alexandra nigdy nie były dla niej klatką, nieważne, jak bardzo marzyła o tym, by objęły ją jak bezpieczne w swej nieuchronności kraty więzienia. Więzienia, które uczyniła twierdzą swojego umysłu.
Nawet przed samym sobą nie chciał przyznać, że zabolały go słowa Lorien.
– Mogę być go niewart – odpowiedział cicho – ale jest moje. Moje na własność.
Moje nazwisko, mój majątek, moja rodzina, moje pieprzone dziedzictwo, wszystko na tym świecie jest moje, mówiły głodne oczy jego przodków, spozierające na Alexandra z portretów zawieszonych na ścianach rodzinnej galerii, głodne życia, którego nędzną namiastkę zapewniały płótna oprawione w złocone ramy. Wszystko na tym świecie jest moje, wystarczy, że los popchnie to w moje ręce. Klątwa Mulciberów. Nawet jego ojciec – człowiek, który opierał się wszystkiemu i wszystkim – nie oparł się tej klątwie. Duncan, który poił jego matkę, Selinę, amortencją, bo musiał ją mieć na własność. On, który karmił Lorettę kłamstwami, bo nie mógł znieść tego, jak żerowała na jego słabości. Donald, który chciał pożreć cały świat.
Moje na własność.
– To samo mógłby powiedzieć o tobie twój mąż. – Nie wiesz, chciał spytać, roześmiać się gorzko, zamknąć jej drobną dłoń we własnej dłoni, pokazać znaczące ją linie, w których zapisano przeznaczenie jego i jego rodziny. Taka jest natura Mulciberów. Potrafimy tylko brać. Brać, brać i brać. Nawet zachłanność Malfoyów nie może równać się naszej. – Tacy właśnie są pieprzeni Mulciberowie. Nie tego chciałaś, stając się jedną z nich? – skrzywił się mimowolnie, gdy dotarło do niego, że gdyby jej dotknął, musiałby dać jej poczuć załamania knykci, stwardniałe blizny żył, meandrujących tuż pod powierzchnią skóry. Zapis tego, kim był. Studium bólu i uzależnienia, walki z przeznaczeniem i z samym sobą. Walki, którą przegrywał. Zawsze przegrywał.
Gwałtownie wypuścił powietrze z płuc.
– Jedną z nas. – Sam się poprawił, nie pozostawiając dla niej przestrzeni na poprawę błędu, na którym zacisnął zęby jak pies na ulubionej kości, aż zadrgała mu szczęka.
"Jedną z nas", a nie "jedną z nich", bo był taki sam jak oni. Niczym nie różnił się od reszty swojej rodziny, nieważne, jak bardzo próbował. Iluzja. Iluzja tego, że możesz coś zmienić. Iluzja, której sam ulegał zbyt często, nie potrafiąc zmienić samego siebie. "Jedną z nich", a nie "jedną z nas", bo nie chciał być taki, jak oni. Jak reszta Mulciberów. "Moje, moje na własność", mówił, dowodząc, że nie różni się, w gruncie rzeczy, od reszty swojej rodziny. Może dlatego zranił krwawiącą ptaszynę, która ostrzegawczo kłapnęła dziobem, jak gdyby chciała mu wykłuć trzecie oko. Jeżeli Lorien chciała zmusić go do przyznania na głos, że jest taki sam, jak reszta Mulciberów, zasługiwała na to, aby poczuć jego złość.
Nie było jednak złości w jego głosie. Było tylko znużenie. Kiedyś miał tylko swoją złość, swój gniew i swoje pięści przeciwko całemu światu, ale złość Alexandra Mulcibera dawno ustąpiła miejsca znużeniu. Zły pies, który tak długo tkwił uwiązany, że nie śmiał pójść dalej, niż sięgał krępujący go łańcuch, nawet gdy zdjęli mu go z pyska. Znużenie widać było w jego oczach, w jego twarzy – teraz nieco mniej zapadłej, niż przed miesiącem – w każdym jego ruchu. Trwał, wsparty o ścianę, jak zawsze lekko przygarbiony, wrak człowieka, który dawno już powinien pójść na dno, ale nie może zatonąć, bo na jego pokładzie była topielica bojąca się wody.
Bez słowa przywołał jej różdżkę, zaciskając na chwilę palce na rękojeści własnej, zanim płynnym ruchem schował ją za pazuchę. Nie będzie mu więcej potrzebna.
– Jeżeli nie jestem nic wart, ile warte mogą być moje przeprosiny? – Nie przeprosił. Wyciągnął zamiast tego podniesioną z ziemi różdżkę w jej stronę, obracając ją tak, aby Lorien mogła chwycić za smukłą rękojeść. Obracając ją tak, jak nigdy nie obracał różdżki czarodziej z doświadczeniem w pojedynkach. Obracając ją tak, aby tkwiła wycelowana w jego podbrzusze. Jak pies, który odsłania w geście poddania brzuch, ufny, że nie spotka go krzywda. Jego krzywda nie miała zresztą znaczenia. Czy można było skrzywdzić człowieka, który od dawna już był martwy?
Nie chciał z nią walczyć. Nigdy nie chciał z nią walczyć.
Przechylił delikatnie głowę, starając się przeniknąć znaczenie słów, które smagnęły go po twarzy jak skrzydła wzbijającego się do lotu ptaka, trzepotem piór wyrywającego się z klatki jego dłoni. Nie ujął jej podbródka, nie dotknął jej nawet, aby przesunąć palcami po policzku, wytrzeć krew, która spływała po wymizerowanej twarzy. Nie chciał jej wycierać. Nie należało jej wycierać. Należało pomazać nią twarz, jak rzymski augur przewodzący obrzędom auspicji, pijący krew orłów, aby poczuć transcendencję. Jak chłopak, który znowu oberwał z pięści od silniejszego od siebie, ale śmiał się, plując krwią, zamiast płakać, bo krew na języku smakowała tak, jak smakowało samo życie.
Krew była jedynym dowodem na to, że Lorien wciąż jeszcze żyła, choć z każdym dniem coraz bardziej nikła w oczach – coraz bardziej słabła. Widział to, czuł to. Ale to nie on był dementorem, który siedział na jej piersi i wysysał z niej życie. Dłonie Alexandra nigdy nie były dla niej klatką, nieważne, jak bardzo marzyła o tym, by objęły ją jak bezpieczne w swej nieuchronności kraty więzienia. Więzienia, które uczyniła twierdzą swojego umysłu.
Nawet przed samym sobą nie chciał przyznać, że zabolały go słowa Lorien.
– Mogę być go niewart – odpowiedział cicho – ale jest moje. Moje na własność.
Moje nazwisko, mój majątek, moja rodzina, moje pieprzone dziedzictwo, wszystko na tym świecie jest moje, mówiły głodne oczy jego przodków, spozierające na Alexandra z portretów zawieszonych na ścianach rodzinnej galerii, głodne życia, którego nędzną namiastkę zapewniały płótna oprawione w złocone ramy. Wszystko na tym świecie jest moje, wystarczy, że los popchnie to w moje ręce. Klątwa Mulciberów. Nawet jego ojciec – człowiek, który opierał się wszystkiemu i wszystkim – nie oparł się tej klątwie. Duncan, który poił jego matkę, Selinę, amortencją, bo musiał ją mieć na własność. On, który karmił Lorettę kłamstwami, bo nie mógł znieść tego, jak żerowała na jego słabości. Donald, który chciał pożreć cały świat.
Moje na własność.
– To samo mógłby powiedzieć o tobie twój mąż. – Nie wiesz, chciał spytać, roześmiać się gorzko, zamknąć jej drobną dłoń we własnej dłoni, pokazać znaczące ją linie, w których zapisano przeznaczenie jego i jego rodziny. Taka jest natura Mulciberów. Potrafimy tylko brać. Brać, brać i brać. Nawet zachłanność Malfoyów nie może równać się naszej. – Tacy właśnie są pieprzeni Mulciberowie. Nie tego chciałaś, stając się jedną z nich? – skrzywił się mimowolnie, gdy dotarło do niego, że gdyby jej dotknął, musiałby dać jej poczuć załamania knykci, stwardniałe blizny żył, meandrujących tuż pod powierzchnią skóry. Zapis tego, kim był. Studium bólu i uzależnienia, walki z przeznaczeniem i z samym sobą. Walki, którą przegrywał. Zawsze przegrywał.
Gwałtownie wypuścił powietrze z płuc.
– Jedną z nas. – Sam się poprawił, nie pozostawiając dla niej przestrzeni na poprawę błędu, na którym zacisnął zęby jak pies na ulubionej kości, aż zadrgała mu szczęka.
"Jedną z nas", a nie "jedną z nich", bo był taki sam jak oni. Niczym nie różnił się od reszty swojej rodziny, nieważne, jak bardzo próbował. Iluzja. Iluzja tego, że możesz coś zmienić. Iluzja, której sam ulegał zbyt często, nie potrafiąc zmienić samego siebie. "Jedną z nich", a nie "jedną z nas", bo nie chciał być taki, jak oni. Jak reszta Mulciberów. "Moje, moje na własność", mówił, dowodząc, że nie różni się, w gruncie rzeczy, od reszty swojej rodziny. Może dlatego zranił krwawiącą ptaszynę, która ostrzegawczo kłapnęła dziobem, jak gdyby chciała mu wykłuć trzecie oko. Jeżeli Lorien chciała zmusić go do przyznania na głos, że jest taki sam, jak reszta Mulciberów, zasługiwała na to, aby poczuć jego złość.
Nie było jednak złości w jego głosie. Było tylko znużenie. Kiedyś miał tylko swoją złość, swój gniew i swoje pięści przeciwko całemu światu, ale złość Alexandra Mulcibera dawno ustąpiła miejsca znużeniu. Zły pies, który tak długo tkwił uwiązany, że nie śmiał pójść dalej, niż sięgał krępujący go łańcuch, nawet gdy zdjęli mu go z pyska. Znużenie widać było w jego oczach, w jego twarzy – teraz nieco mniej zapadłej, niż przed miesiącem – w każdym jego ruchu. Trwał, wsparty o ścianę, jak zawsze lekko przygarbiony, wrak człowieka, który dawno już powinien pójść na dno, ale nie może zatonąć, bo na jego pokładzie była topielica bojąca się wody.
Bez słowa przywołał jej różdżkę, zaciskając na chwilę palce na rękojeści własnej, zanim płynnym ruchem schował ją za pazuchę. Nie będzie mu więcej potrzebna.
– Jeżeli nie jestem nic wart, ile warte mogą być moje przeprosiny? – Nie przeprosił. Wyciągnął zamiast tego podniesioną z ziemi różdżkę w jej stronę, obracając ją tak, aby Lorien mogła chwycić za smukłą rękojeść. Obracając ją tak, jak nigdy nie obracał różdżki czarodziej z doświadczeniem w pojedynkach. Obracając ją tak, aby tkwiła wycelowana w jego podbrzusze. Jak pies, który odsłania w geście poddania brzuch, ufny, że nie spotka go krzywda. Jego krzywda nie miała zresztą znaczenia. Czy można było skrzywdzić człowieka, który od dawna już był martwy?
Nie chciał z nią walczyć. Nigdy nie chciał z nią walczyć.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat