Zaklęcie wyszło. Zebrałam kwiatki i zaczęłam wtykać je w stoisko.
Im więcej ludzi, tym większa szansa na zniknięcie w tłumie. Przykro mi się cieszyć z takiego zbiegu wypadków, ale cóż zrobić. W takim zbiegowisku na pewno uzyskają pomoc. Sama nawet nie znałam się dobrze na zaklęciach leczniczych. Chociaż dobrze by było się ich kiedyś nauczyć. Drobne skaleczenia nigdy mi nie przeszkadzały, ale najwyraźniej miałam szczęście. Zdecydowanie rozsądniej byłoby powtórzyć parę lekcji pierwszej pomocy z Durmstrangu. Innej niż przywoływanie plastra.
Oto właśnie los pokazał mi, jak bardzo życie bywa nieprzewidywalne i trzeba być gotowym na wszystko.
Podskoczyłam jak sparzona, gdy ktoś na mnie wpadł. Naiwna pewność, że jestem z dala od szalonych wydarzeń. Złapałam się kurczowo stołu, by nie upaść, chociaż impet nie był wcale duży. Większą rolę grał sam szok bycia zaatakowanym.
Cóż, może to zbyt duże słowo. Zobaczyłam drobną czarownicę przewracającą się tuż obok mnie. Wyglądała jak elf z bajek. Aż mnie zmroziło, gdy została przygnieciona przez potężny stos przytarganych przez nią rzeczy.
— Nic ci nie jest? — Krzyknęłam w panice odgarniając wszystkie przedmioty z dziewczyny. Miałam nadzieję, że nie znajdę pod nim jej zmiażdżonego ciałka niczym przypadkowo zdepniętej ważki. — Na zakręcony ogonek, wszystko w porządku?
Przykucnęłam przy niej poszukując wszelkich śladów krwi lub większych siniaków. Fantastyczny początek festiwalu, ale nie uniknie się takich sytuacji. Nie było dożynek bez przecięcia się lub chłopa spadającego z drabiny.