18.02.2025, 23:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 23:12 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine Malfoy stała pośrodku niewielkiej sali sytuowanej na piętrze gospody Danse macabre, wpatrując się w zaczarowany gobelin, który pokrywał ścianę naprzeciwko okna.
Przyglądała mu się z takim samym skupieniem, z jakim przyglądała mu się lata temu, choć wtedy robiła to z wysokości ramion ojca: Armand Malfoy wziął córkę na ręce, aby ta mogła przyjrzeć się misternym zagięciom draperii, historii tętniącej w splocie nadgryzionej przez mole tkaniny, w ściegach, w których splatały się ze sobą czasy minione, i te, które dopiero miały nadejść. Gobelin rozciągał się na ścianie jak pajęczyna, w której trwali zaplątani królowie i chłopi, święci i grzesznicy, dzieci i starcy. Szkielet w koronie obejmował w pasie drżącego mnicha, wycieńczonego od wyrzeczeń pustelniczego życia. Dziewczyna w ciężkiej szacie wyszywanej złotogłowiem całowała nagą czaszkę młodzieńca odzianego w łachmany. Bose stopy dzieci deptały po szkarłatnych trenach królowych, które przyciskały je do swych gnijących łon. Nitki czerni i karmazynu przenikały się wzajemnie, tworząc obraz korowodu, który nigdy się nie kończył.
Danse macabre, wyjaśnił wtedy ojciec, którego głos zdawał się wnikać pomiędzy sploty materiału, budząc do życia zatarte przez czas detale haftu, taniec śmierci. Ciało za ciałem, kość w kość, ramię w ramię. Orszak nigdy się nie zatrzymuje. Wszyscy obracają się w kręgu złączonym krwią, bo śmierć, tak jak rewolucja, wprowadza swój ład: ulice spływają krwią tak samo błękitną, jak i czerwoną. Wszyscy wirują w rytm martwego mazura. Śmierć prowadzi, przywodząc do wspólnego korowodu królów i żebraków. Koronowane głowy i bose stopy spotykają się w prochu. Wszyscy rozpadają się i stwarzają w tym samym prochu. Orszak nigdy się nie zatrzymuje.
Trochę jak w tańcu wil?, spytała Lorraine, obejmując ojca za szyję.
Trochę tak, odpowiedział poważnie Armand.
Drgnęła, poruszywszy się w jego ramionach na widok węża, wypełzłego niespodzianie z otchłani oczodołów kościanego wodzireja, który prowadził w tańcu księżniczkę o równie pustych oczach. Wyhaftowany na tkaninie gobelinu wąż zaczął kąsać szyję kobiety, owinąwszy się wokół niej niczym kunsztowna kolia. Nic nie robił sobie z bezgłośnego protestu księżniczki, której bezkrwiste wargi rozchyliły się w niemej skardze. Jej szkieletowy partner uśmiechał się, szeroko – bez ust i bez cienia litości. Lorraine uśmiechnęła się, sunąc palcem po lśniących łuskach węża, wijącego się w syczącym, serpentynowym splocie wokół szyi kobiety, a Armand odwzajemnił jej uśmiech. Śmierć także się uśmiechała, jednako do wszystkich, a jej oczy nie różniły się niczym od oczu ojca spoglądających w stronę ukochanej córki.
Lorraine Malfoy miała oczy swojego ojca.
Zakurzone okno wpuszczało do spowitego w delikatnym półmroku pomieszczenia światło poranka, które padało na świetlistą postać półwili, jak zawsze odzianej w biel. Lorraine zawsze nosiła biel, aby pokazać, że nie boi się brudu ulicy, która – sądząc po panującej za oknem ciszy – jeszcze nie zdążyła zmartwychwstać, przygnieciona ciężarem grzechów minionej nocy.
W przeciwieństwie do Rodolphusa, Lorraine nie bała się brudu ulicy, bo należała do tego brudu. Należała do prochu, o którym mówił jej ojciec. Należała do Nokturnu.
Gdyby Rodolphus choć trochę wytężył wzrok, mógłby zatem dostrzec, że suknia Lorraina, choć czysta – nieskazitelnie czysta – nosi ślady częstego użytkowania. Koronka przy gorsecie wyglądała na spraną, a srebrne guziczki – wieńczące długie, dopasowane do szczupłych nadgarstków mankiety – były już mocno przetarte. Tyle że tutaj nikt nie patrzył na jej ubrania, jeżeli mógł patrzeć na jej twarz. Twarz półwili pozostawała jednak, póki co, skryta za taflą włosów. Włosów, które oznajmiały, że należy także do rodziny Malfoy.
– Interesujesz się sztuką, Rodolphusie? – spytała, nie odrywając wzroku od skosmaconego gobelinu, który lata świetności dawno miał za sobą, zdobił więc ścianę zakurzonej sali, od czasu do czasu podnajmowanej przez właściciela Danse macabre na większe spotkania towarzyskie.
Przyglądała mu się z takim samym skupieniem, z jakim przyglądała mu się lata temu, choć wtedy robiła to z wysokości ramion ojca: Armand Malfoy wziął córkę na ręce, aby ta mogła przyjrzeć się misternym zagięciom draperii, historii tętniącej w splocie nadgryzionej przez mole tkaniny, w ściegach, w których splatały się ze sobą czasy minione, i te, które dopiero miały nadejść. Gobelin rozciągał się na ścianie jak pajęczyna, w której trwali zaplątani królowie i chłopi, święci i grzesznicy, dzieci i starcy. Szkielet w koronie obejmował w pasie drżącego mnicha, wycieńczonego od wyrzeczeń pustelniczego życia. Dziewczyna w ciężkiej szacie wyszywanej złotogłowiem całowała nagą czaszkę młodzieńca odzianego w łachmany. Bose stopy dzieci deptały po szkarłatnych trenach królowych, które przyciskały je do swych gnijących łon. Nitki czerni i karmazynu przenikały się wzajemnie, tworząc obraz korowodu, który nigdy się nie kończył.
Danse macabre, wyjaśnił wtedy ojciec, którego głos zdawał się wnikać pomiędzy sploty materiału, budząc do życia zatarte przez czas detale haftu, taniec śmierci. Ciało za ciałem, kość w kość, ramię w ramię. Orszak nigdy się nie zatrzymuje. Wszyscy obracają się w kręgu złączonym krwią, bo śmierć, tak jak rewolucja, wprowadza swój ład: ulice spływają krwią tak samo błękitną, jak i czerwoną. Wszyscy wirują w rytm martwego mazura. Śmierć prowadzi, przywodząc do wspólnego korowodu królów i żebraków. Koronowane głowy i bose stopy spotykają się w prochu. Wszyscy rozpadają się i stwarzają w tym samym prochu. Orszak nigdy się nie zatrzymuje.
Trochę jak w tańcu wil?, spytała Lorraine, obejmując ojca za szyję.
Trochę tak, odpowiedział poważnie Armand.
Drgnęła, poruszywszy się w jego ramionach na widok węża, wypełzłego niespodzianie z otchłani oczodołów kościanego wodzireja, który prowadził w tańcu księżniczkę o równie pustych oczach. Wyhaftowany na tkaninie gobelinu wąż zaczął kąsać szyję kobiety, owinąwszy się wokół niej niczym kunsztowna kolia. Nic nie robił sobie z bezgłośnego protestu księżniczki, której bezkrwiste wargi rozchyliły się w niemej skardze. Jej szkieletowy partner uśmiechał się, szeroko – bez ust i bez cienia litości. Lorraine uśmiechnęła się, sunąc palcem po lśniących łuskach węża, wijącego się w syczącym, serpentynowym splocie wokół szyi kobiety, a Armand odwzajemnił jej uśmiech. Śmierć także się uśmiechała, jednako do wszystkich, a jej oczy nie różniły się niczym od oczu ojca spoglądających w stronę ukochanej córki.
Lorraine Malfoy miała oczy swojego ojca.
Zakurzone okno wpuszczało do spowitego w delikatnym półmroku pomieszczenia światło poranka, które padało na świetlistą postać półwili, jak zawsze odzianej w biel. Lorraine zawsze nosiła biel, aby pokazać, że nie boi się brudu ulicy, która – sądząc po panującej za oknem ciszy – jeszcze nie zdążyła zmartwychwstać, przygnieciona ciężarem grzechów minionej nocy.
W przeciwieństwie do Rodolphusa, Lorraine nie bała się brudu ulicy, bo należała do tego brudu. Należała do prochu, o którym mówił jej ojciec. Należała do Nokturnu.
Gdyby Rodolphus choć trochę wytężył wzrok, mógłby zatem dostrzec, że suknia Lorraina, choć czysta – nieskazitelnie czysta – nosi ślady częstego użytkowania. Koronka przy gorsecie wyglądała na spraną, a srebrne guziczki – wieńczące długie, dopasowane do szczupłych nadgarstków mankiety – były już mocno przetarte. Tyle że tutaj nikt nie patrzył na jej ubrania, jeżeli mógł patrzeć na jej twarz. Twarz półwili pozostawała jednak, póki co, skryta za taflą włosów. Włosów, które oznajmiały, że należy także do rodziny Malfoy.
– Interesujesz się sztuką, Rodolphusie? – spytała, nie odrywając wzroku od skosmaconego gobelinu, który lata świetności dawno miał za sobą, zdobił więc ścianę zakurzonej sali, od czasu do czasu podnajmowanej przez właściciela Danse macabre na większe spotkania towarzyskie.
gobelinowa inspiracja![[Obrazek: fab5698f95c6dddb90f956502d6009044ea80dfb.jpg]](https://64.media.tumblr.com/bea62e9cf3881e93c36b9823e4c9d732/c83eb6fa6f245b71-37/s1280x1920/fab5698f95c6dddb90f956502d6009044ea80dfb.jpg)