19.02.2025, 10:30 ✶
Pogłaskała Dumę, gdy się zbliżył – nie potrafiłaby zignorować zwierzaka, który sam postanowił się przywitać, zwłaszcza że ten nie był jednym z największych pieszczochów na świecie – a potem ruszyła za Laurentem i zajęła wskazane jej miejsce.
– Dzięki, nie trzeba – odparła odruchowo. Nie pomyślała, by akurat Laurent postanowił jej coś podać, ale to był już zwyczaj zakorzeniony w Brennie bardzo mocno, i nawet się nad nim nie zastanawiała: przyjmowała jedzenie i picie od bardzo niewielu osób, a jeśli sytuacja towarzyska absolutnie wymagała, aby faktycznie przystała na propozycję napicia się czegoś, najczęściej decydowała się na wodę.
Widmowidzenie było… kapryśne. Nawet Brenna, która całe swoje życie się go uczyła, w ostatnich latach wykorzystywała je wyjątkowo często, a od ładnego pół roku usiłowała osiągnąć więcej, nie czuła się uprawomocniona, aby powiedzieć, że wie wszystko. Czasem słyszała głosy, czasem przychodziły obrazy. W Windermere niespokojna magia przynosiła ze sobą wspomnienia niby fale, mimo braku świec i dymu. Bywało, że cudze emocje zdawały się odbijać echem w jej głowie, i nie była pewna, czy faktycznie to pozostałość tego, co czuli ludzi, na których patrzyła, czy jej własny umysł płata figle. Bywało, że przeszłość sama pchała się jej w ręce, jakby chciała zostać zobaczona – i bywało, że Brenna musiała walczyć o każdy mały fragment, wydzierać go, że nie przychodziło nic albo prawie nic. Czasem z nosa płynęła krew, a oczy przestawały widzieć to, co już teraz. Więc nie, nie mogła przewidzieć rezultatu, nigdy, chociaż była dobrym widmowidzem.
Mogła tylko próbować i starać się osiągnąć więcej.
– Czyli cokolwiek, ale nie chodzi o samą tożsamość autorów listu. To już pomocne.
Kiwnęła głową, z pewnym namysłem. Inaczej pewnie próbowałaby zobaczyć moment pisania listu, ale najwyraźniej lepiej było spróbować skupić się na momencie ich wysłania – kto to zrobił, skąd list został nadany? A może ktoś rozmawiał, trzymając go w dłoniach, prosił kogoś innego, aby nadał sowę?
– Muszę rozstawić na podłodze krąg świec. Zobaczymy, co da się zrobić – stwierdziła, pochylając się, by sięgnąć po listy. Otworzyła je, choć nie na tyle szybko, by Laurent nie mógł jej powstrzymać, jeśli miałby taką ochotę: sama koperta była po prawdzie bardziej bezosobowa niż list, któremu zwykle towarzyszyły jakieś emocje. A Brenna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to co widuje w widmowidzeniu związane jest z życiem, z energią, z emocjami – i dlatego tak trudno było zobaczyć widma z Kniei, gdy mogła sięgnąć ku ich ofiarom. Nie zamierzała nawet ich czytać, ale biorąc pod uwagę, że drugi list składał się z jednego zdania, ciężko było nie zauważyć, co na nim napisano.
Ani nie zrozumieć, że była to groźba.
Ramiona Brenny zesztywniały na moment, a potem zwróciła na Laurenta uważne spojrzenie ciemnych oczu.
To nie tak, że się tego nie spodziewała, w New Forest nie było ostatnio bezpiecznie, ale trochę coś innego spodziewać się, a co innego wiedzieć. Przez kilka sekund obserwowała twarz młodego Prewetta w milczeniu, zanim w końcu się odezwała.
– Spróbujemy najpierw z jednym, później z drugim. Nie podchodź do kręgu, proszę. Nie pozwól na to Dumie. Dźwięki mogą mnie rozproszyć, więc lepiej, żeby Migotek niż nic nie robił. Możesz otworzyć okno, jeśli przeszkadza ci dym. Nie przejmuj się, gdyby popłynęła krew i nie próbuj mi przerywać, póki się nie odezwę, dobrze?
Nie bez powodu bardzo nie lubiła używać widmowidzenia przy innych. Wędrując w przeszłość, była bezbronna. Czasem widywała rzeczy, po których naprawdę trudno było zachować kamienną twarz. Bywało, że nadużycie talentu odbijało się po prostu na widmowidzu fizycznie, a i dochodziła czysto praktyczna strona – rozproszenie.
– Dzięki, nie trzeba – odparła odruchowo. Nie pomyślała, by akurat Laurent postanowił jej coś podać, ale to był już zwyczaj zakorzeniony w Brennie bardzo mocno, i nawet się nad nim nie zastanawiała: przyjmowała jedzenie i picie od bardzo niewielu osób, a jeśli sytuacja towarzyska absolutnie wymagała, aby faktycznie przystała na propozycję napicia się czegoś, najczęściej decydowała się na wodę.
Widmowidzenie było… kapryśne. Nawet Brenna, która całe swoje życie się go uczyła, w ostatnich latach wykorzystywała je wyjątkowo często, a od ładnego pół roku usiłowała osiągnąć więcej, nie czuła się uprawomocniona, aby powiedzieć, że wie wszystko. Czasem słyszała głosy, czasem przychodziły obrazy. W Windermere niespokojna magia przynosiła ze sobą wspomnienia niby fale, mimo braku świec i dymu. Bywało, że cudze emocje zdawały się odbijać echem w jej głowie, i nie była pewna, czy faktycznie to pozostałość tego, co czuli ludzi, na których patrzyła, czy jej własny umysł płata figle. Bywało, że przeszłość sama pchała się jej w ręce, jakby chciała zostać zobaczona – i bywało, że Brenna musiała walczyć o każdy mały fragment, wydzierać go, że nie przychodziło nic albo prawie nic. Czasem z nosa płynęła krew, a oczy przestawały widzieć to, co już teraz. Więc nie, nie mogła przewidzieć rezultatu, nigdy, chociaż była dobrym widmowidzem.
Mogła tylko próbować i starać się osiągnąć więcej.
– Czyli cokolwiek, ale nie chodzi o samą tożsamość autorów listu. To już pomocne.
Kiwnęła głową, z pewnym namysłem. Inaczej pewnie próbowałaby zobaczyć moment pisania listu, ale najwyraźniej lepiej było spróbować skupić się na momencie ich wysłania – kto to zrobił, skąd list został nadany? A może ktoś rozmawiał, trzymając go w dłoniach, prosił kogoś innego, aby nadał sowę?
– Muszę rozstawić na podłodze krąg świec. Zobaczymy, co da się zrobić – stwierdziła, pochylając się, by sięgnąć po listy. Otworzyła je, choć nie na tyle szybko, by Laurent nie mógł jej powstrzymać, jeśli miałby taką ochotę: sama koperta była po prawdzie bardziej bezosobowa niż list, któremu zwykle towarzyszyły jakieś emocje. A Brenna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to co widuje w widmowidzeniu związane jest z życiem, z energią, z emocjami – i dlatego tak trudno było zobaczyć widma z Kniei, gdy mogła sięgnąć ku ich ofiarom. Nie zamierzała nawet ich czytać, ale biorąc pod uwagę, że drugi list składał się z jednego zdania, ciężko było nie zauważyć, co na nim napisano.
Ani nie zrozumieć, że była to groźba.
Ramiona Brenny zesztywniały na moment, a potem zwróciła na Laurenta uważne spojrzenie ciemnych oczu.
To nie tak, że się tego nie spodziewała, w New Forest nie było ostatnio bezpiecznie, ale trochę coś innego spodziewać się, a co innego wiedzieć. Przez kilka sekund obserwowała twarz młodego Prewetta w milczeniu, zanim w końcu się odezwała.
– Spróbujemy najpierw z jednym, później z drugim. Nie podchodź do kręgu, proszę. Nie pozwól na to Dumie. Dźwięki mogą mnie rozproszyć, więc lepiej, żeby Migotek niż nic nie robił. Możesz otworzyć okno, jeśli przeszkadza ci dym. Nie przejmuj się, gdyby popłynęła krew i nie próbuj mi przerywać, póki się nie odezwę, dobrze?
Nie bez powodu bardzo nie lubiła używać widmowidzenia przy innych. Wędrując w przeszłość, była bezbronna. Czasem widywała rzeczy, po których naprawdę trudno było zachować kamienną twarz. Bywało, że nadużycie talentu odbijało się po prostu na widmowidzu fizycznie, a i dochodziła czysto praktyczna strona – rozproszenie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.