19.02.2025, 10:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.02.2025, 10:38 przez Brenna Longbottom.)
Może w jakimś innym świecie mogliby zostać przyjaciółmi… a przynajmniej mógłby tak uznać ktoś bardzo, bardzo naiwny. (To znaczy, Brenna pewnie w tym momencie swojego życia jeszcze by nie wykluczała istnienia takiej alternatywnej historii, ale wciąż bywała bardzo naiwna.)
– Jebany?! Jebany?! Ja wam pokażę, co znaczy utalentowany!!! – zawył pan Brunon, szarpiąc się w uścisku Brygadzistki, która z pewnym trudem mocniej przycisnęła go do ściany. Jakoś po tym wszystkim, co tutaj im odstawił, miała pewne obawy, że nawet skuty mógłby zacząć wyprawiać coś dziwnego.
– Może cukiernik to tylko przykrywka… – zaczęła, ale nie zdążyła odpowiedzieć Stanleyowi pełnym zdaniem, bo okrzyki pana Brunona ponownie jej przerwały.
– Jestem najlepszym cukiernikiem pod słońcem!!!
– Oczywiście, panie Brunonie – zapewniła Brenna poważnie, nie zamierzając z nim w tej chwili dyskutować, spoglądając na Stanleya i posyłając mu nieco zmęczony uśmiech. – Daj spokój, jakbyś go nie zatrzymał, to pewnie oberwalibyśmy tym tortem…
Wstyd, ale wcale nie była pewna, czy dopadłaby tego mężczyznę – który albo był bardzo silny i bardzo szybki, albo zażył jakieś dopalacze – gdyby Stanley wcześniej się na niego nie rzucił. Zdecydowanie musiała zacząć spędzać więcej czasu na treningach, bo najwyraźniej ćwiczyła o wiele za rzadko, skoro omal nie załatwił jej cukiernik, w dodatku kiedy mieli przewagę liczebną!!!
Zasadniczo w tej chwili powinna zacząć odczytywać panu Brunonowi jego prawa, ale uznała, że aresztowania i wszystkich formalności dopełni za chwilę, bo Stanley – naprawdę!!! – miał rację. W tej chwili wszyscy musieli pomyśleć o żonie pana Brunona. Poza tym Brennę niepokoiło, że ten tort tak świeci: niby widywała już magiczne wypieki, ale zdawało się jej, że ten blask jest jakiś taki… złowróżbny. Zerkała w tamtą stronę co rusz niespokojnie, milczała jednak, pozwalając działać Borginowi, któremu całkiem nieźle wchodziło teraz wcielanie się w dobrego glinę. Gdyby nie to, że pan Brunon ich słuchał, to może nawet spytała, czy ona powinna trochę ich podejrzanym potrząsać, tak żeby wejść w rolę złego…
– Czemu mam was słuchać?! Jesteście złoczyńcami! Szkodzicie sztuce cukierniczej! – wydarł się pan Brunon, ale najwyraźniej podejście Stanleya przynajmniej w pewnym stopniu zdało egzamin, bo chyba faktycznie pomyślał o swojej żonie… i zaczął rzucać jakieś takie niespokojne spojrzenia dokładnie w tę stronę, w którą przed chwilą zerknęła Brenna: czyli ku wielkiemu, jaśniejącemu w półmroku tortowi.
– On chyba nie… – wyrwało się Brennie, a jej twarz skamieniała w masce grozy. Naprawdę, nie należała do osób strachliwych, ale w tej chwili zrobiło się jej bardzo, bardzo słabo. Mało brakowało, a pan Brunon wyrwałby się jej, korzystając z tego momentu nieuwagi, ale na szczęście zdołała go utrzymać.
– Jebany?! Jebany?! Ja wam pokażę, co znaczy utalentowany!!! – zawył pan Brunon, szarpiąc się w uścisku Brygadzistki, która z pewnym trudem mocniej przycisnęła go do ściany. Jakoś po tym wszystkim, co tutaj im odstawił, miała pewne obawy, że nawet skuty mógłby zacząć wyprawiać coś dziwnego.
– Może cukiernik to tylko przykrywka… – zaczęła, ale nie zdążyła odpowiedzieć Stanleyowi pełnym zdaniem, bo okrzyki pana Brunona ponownie jej przerwały.
– Jestem najlepszym cukiernikiem pod słońcem!!!
– Oczywiście, panie Brunonie – zapewniła Brenna poważnie, nie zamierzając z nim w tej chwili dyskutować, spoglądając na Stanleya i posyłając mu nieco zmęczony uśmiech. – Daj spokój, jakbyś go nie zatrzymał, to pewnie oberwalibyśmy tym tortem…
Wstyd, ale wcale nie była pewna, czy dopadłaby tego mężczyznę – który albo był bardzo silny i bardzo szybki, albo zażył jakieś dopalacze – gdyby Stanley wcześniej się na niego nie rzucił. Zdecydowanie musiała zacząć spędzać więcej czasu na treningach, bo najwyraźniej ćwiczyła o wiele za rzadko, skoro omal nie załatwił jej cukiernik, w dodatku kiedy mieli przewagę liczebną!!!
Zasadniczo w tej chwili powinna zacząć odczytywać panu Brunonowi jego prawa, ale uznała, że aresztowania i wszystkich formalności dopełni za chwilę, bo Stanley – naprawdę!!! – miał rację. W tej chwili wszyscy musieli pomyśleć o żonie pana Brunona. Poza tym Brennę niepokoiło, że ten tort tak świeci: niby widywała już magiczne wypieki, ale zdawało się jej, że ten blask jest jakiś taki… złowróżbny. Zerkała w tamtą stronę co rusz niespokojnie, milczała jednak, pozwalając działać Borginowi, któremu całkiem nieźle wchodziło teraz wcielanie się w dobrego glinę. Gdyby nie to, że pan Brunon ich słuchał, to może nawet spytała, czy ona powinna trochę ich podejrzanym potrząsać, tak żeby wejść w rolę złego…
– Czemu mam was słuchać?! Jesteście złoczyńcami! Szkodzicie sztuce cukierniczej! – wydarł się pan Brunon, ale najwyraźniej podejście Stanleya przynajmniej w pewnym stopniu zdało egzamin, bo chyba faktycznie pomyślał o swojej żonie… i zaczął rzucać jakieś takie niespokojne spojrzenia dokładnie w tę stronę, w którą przed chwilą zerknęła Brenna: czyli ku wielkiemu, jaśniejącemu w półmroku tortowi.
– On chyba nie… – wyrwało się Brennie, a jej twarz skamieniała w masce grozy. Naprawdę, nie należała do osób strachliwych, ale w tej chwili zrobiło się jej bardzo, bardzo słabo. Mało brakowało, a pan Brunon wyrwałby się jej, korzystając z tego momentu nieuwagi, ale na szczęście zdołała go utrzymać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.