Przywitał się radośnie z Cecily. No to byli w komplecie. Czas ruszać. Gio był bardziej podekscytowany na tą wyprawę, niż by wypadało.
— Widzę, że nie tylko ja zatroszczyłem się o swój żołądek — odparł i poklepał niewielką saszetkę u paska. — Gdy zrobimy sobie przerwę, to wyjdzie nam niezły pikniczek.
Podziękował za miętusa i poczęstował się. Nie często miał okazję na tego typu przekąski. Przez zabieganie ledwo pamiętał o podstawowych posiłkach, a co dopiero zadbać o ciasteczko do kawy czy cukierki na podwieczorek. Miętus był bardzo odświeżający i dodatkowo zenergetyzował Gio do działania. Czuł, że mógłby przeczesywać las cały dzień i noc.
Roześmiał się przyjaźnie na odpowiedź Erika. Chociaż początkowo licytacja ta wzbudzała w Gio dziwne uczucia i stos podejrzliwych myśli, finalnie pozostało to w nim jako ciekawe i zabawne wspomnienie.
Podszedł do świstoklika. Czas rozpocząć przygodę! Gio był przyzwyczajony do tej formy transportu jako potężny podróżnik, toteż na miejscu wylądował w pozycji stojącej bez najmniejszych śladów ubocznych.
— Hm. Miętówka to naprawdę dobry dodatek do deportacji — podzielił się swoim spostrzeżeniem. — Niweluje te niesmaczne turbulencje żołądkowe.
Rozejrzał się po towarzyszach, czy czasem nie potrzebują pomocy z powrotem do żywych.