- Tak, to cała prawda o mnie, nie śmiem zaprzeczyć Twoim słowom. - Jasne, zdecydowanie należała do tych bardzo dobrze ułożonych kobiet, była ideałem... Tak, na pewno. Wbrew pozorom zdawała sobie sprawę, że mimo tego, iż mówiła, że jest prostym człowiekiem, to nie do końca tak było. Miała pewne przyzwyczajenia, zachowania, które utrudniały egzystencję w jej towarzystwie. Lubiła stawiać na swoim, nie miała problemu z tym, aby powiedzieć, lub wykrzyczeć to, co leżało jej na sercu, rzadko kiedy łatwo ją było ugłaskać. Miewała problemy z panowaniem nad swoim dosyć ognistym temperamentem, a do tego pałała się dosyć specyficznym zawodem. To wszystko łączyło się w dosyć oryginalną całość, z którą wcale nie tak łatwo było sobie poradzić. Przy tym jednak, gdy już jej na kimś zależało, to była w stanie zrobić dla tej osoby dosłownie wszystko, nawet zmienić te rzeczy, które wydawały się nie do ruszenia. Tak było w przypakdu ich relacji, w końcu przy Roise nauczyła się, czym były kompromisy, starała się nieco pracować nad sobą, co wcześniej się nie zdarzało. Wydawało jej się, iż to przynosiło oczekiwane efekty, że naprawdę dobrze było im razem, wtedy, w przeszłości. Nie sądziła, by była w stanie to powtórzyć z kimkolwiek, nie chciałaby tego robić, nikt nie rozumiał jej tak jak on, nikomu nie pokazała siebie w całej okazałości, ba, co dość istotne - nie uciekł. Trwał przy niej przez lata, mimo, że nie była łatwym człowiekiem. To świadczyło samo za siebie.
Spacer okazał się być dla nich sporym wzywaniem. Cóż, ostatnio nie mieli okazji, aby znaleźć się tak blisko siebie, nic więc dziwnego, że nie przestawali rzucać w siebie tymi coraz mniej dyksretnymi spojrzeniami, czy robili sobie przerwy na te słodkie pocałunki. Zasługiwali na tę całą uwagę, którą sobie teraz poświęcali, zwłaszcza w takiej przyjemnej atmosferze pozbawionej napięcia, które towarzyszyło im poprzez poprzednie dni. Mieli swoje momenty, jednak nie trwały one zbyt długo, prędzej, czy później któreś z nich powiedziało coś, co wyprowadzało z równowagi to drugie, teraz udawało im się unikać tych niewygodnych tematów, dzięki czemu było całkiem miło i przyjemnie, tak jak dawno się nie zdarzyło.
- W końcu też jestem bystra. - Nie zamierzała tego zignorować, skoro stwierdził, że do czegoś doszła, sama, to zamierzała to wyciągnąć. Jak widać faktycznie była bardzo skromna i ułożona.
Na samo wspomnienie o akromantuli uśmiechnęła się sama do siebie. Cóż, polowanie na to zwierzę zakończyło się dość spektakularnie i właśnie do zwieńczenia ich próby powędrowały jej myśli, jakoś nie mogła tego ominąć. - Nie do końca coś takiego, z tego co pamiętam ona była dotknięta czarną magią, błotyryj nie. - Chcąc nie chcąc wróciła do konkretów, bo o tym teraz rozmawiali, a nie o tym, co działo się później.
- Po prostu naturalnie urósł sobie taki duży, nie wiedzieć czemu. - Postanowiła jeszcze dodać. Sama nie wiedziała dlaczego doszło do takiej anomalii, może po prostu trafił jej się jakiś niesamowity osobnik, nie miała pojęcia z czego to wynikało.
Coś wisiało w powietrzu, nie dało się tego ignorować, szkoda tylko, że nie mogli dostać żadnych konkretów poza tymi drobnymi znakami, które dawała im natura. Prędzej, czy później jednak dowiedzą się dlaczego tak się działo, oby to nie było za bardzo bolesne. Nigdy bowiem nie wiadomo, co miała przynieść przyszłość.
Nie miała pojęcia co się stało z oranżerią, dlaczego wydawała się być taka zapomniana, wyglądało to jednak dziwnie, szczególnie na tle tych wymuskanych ogrodów. Nie wiedzieć czemu nikt nie zadbał o ten fragment, jakby jej nie dostrzegali, jakby postanowili ją opuścić, pozostawić samą sobie. Nie wydawało jej się, żeby faktycznie rodzina Lestrange mogła ignorować to miejsce, dlaczego mieliby to robić, to było dziwne, bardzo mocno kontrastowało z zadbanym ogrodem.
Yaxleyówna skupiła się na kwiatku, bo to on zwrócił jej uwagę, przecież właśnie ich szukali, to czarne róże były powodem ich wizyty w tym miejscu. Przez to zupełnie nie zwracała uwagi na otoczenie, może i nie powinna zachowywać się w ten sposób, ale kwiat skutecznie ją rozpraszał, skupiał całą jej uwagę. Nie była może szczególną fanką roślin, ale ta róża zainteresowała nawet i ją.
Roise pociągnął ją za rękę, czuła, że nie bez powodu, tyle, że nic nie powiedział, nie podzielił się z nią tym, co zobaczył.
- Jesteś pewny? - Nie wydawało jej się, aby Greengrass miał w zwyczaju tak łatwo zmieniać zdanie, a przed chwilą zdecydowanie chciał jej coś pokazać, dlaczego więc tego nie robił? Czy faktycznie mogło mu się coś przywidzieć, może tak. Nie sądziła, aby mógł ją okłamywać, bo po co?
- Jest niesamowita, ale sprawia wrażenie smutnej, czy kwiaty w ogóle mogą być smutne? - Oplątała się o wolne ramię mężczyzny, aby przyjrzeć się roślinie z bliska, skoro ten postanowił ją podnieść, to miała ku temu okazję, sama wolała jej nie ruszać, bo bała się, że może ją uszkodzić.