Czy Yaxleyówna faktycznie odrzucała konwenanse, które były typowe dla czystokrwistych? Może trochę. Nie robiła niczego wyjątkowego na tle pozostałych członków swojej rodziny, większość z nich w końcu była łowcami, tyle, że właśnie, ona nie miała tej jednej magicznej części ciała dyndającej między nogami, która świadczyłaby o tym, że to nie było nic złego. Jej ojciec nie miał nic przeciwko temu, ba była jego ulubienicą, od najmłodszych lat kształciła się pod jego okiem ku niezadowoleniu matki, która widziała nią w nieco innej roli, na szczęście to nie matka miała tutaj ostatnie zdanie. Geraldine nie miała problemu z tym, aby udowadniać wszystkim wokół, że znajdowała się w odpowiednim miejscu, bardzo chętnie demonstrowała swoje umiejętności, szczególnie wtedy, kiedy ktoś traktował ją lekceważąco, zwłaszcze jeśli robił to przez pryzmat płci. Zresztą nawet spoglądając na to, jak się prezentowała już na pierwszy rzut oka widać było, że niczego jej nie brakuje jeśli chodzi o dorównianie tej lepszej, bardziej wartościowej płci. Yaxleyówna była praktycznie wzrostu obu mężczyzny, którzy tutaj z nią stali, a oni nawet na facetów byli ponad przeciętni, więc nie, niczego jej nie brakowało, ani umiejętności, ani siły, czy czegokolwiek innego.
Ambroise nie musiał jej na nic pozwalać, od tego warto było zacząć. Yaxleyówna zawsze zachowywała się tak, jak chciała, nigdy nie przejmowała się tym, że może to wyglądać nieodpowiednio. Reagowała raczej szybko i bez zastanowienia, miała swój temperament i nigdy nie dążyła ku temu, aby go utemperować.
- We wszystkich którzy przechodzą strzelasz tym gównem? - Skoro było to zboczenie zawodowe, to pewnie tak robił, czyż nie? Nie chciało jej się wierzyć, że z takimi zapędami nikt nie postanowił go jeszcze zamknąć w Lecznicy Dusz.
Nie miała pojęcia, zielonego, o co chodzi z tą ich rodziną, nie zakładała, że ten typ mógłby być prawdziwą rodziną Ambroisa, bo kurwa trochę jej się to nie spinało. Roise raczej był ułożony, przynajmniej w większości sytuacji, a ten typ zachowywał się jak dzikus, którego ktoś wypuścił z zamknięcia, nie, żeby szczególnie jej to przeszkadzało, bo sama miewała różne momenty, ale jednak, zdecydowanie nie wyglądali, i nie zachowywali się, jakby byli ze sobą spokrewnieni. To powodowało, że nie do końca wiedziała, co się dzieje, ale pewnie już niedługo się dowie, nie zamierzała odpuszczać tego tematu, jeśli nie teraz, to wypyta o wszystko bardzo dokładnie Ambroisa.
- Łamię karki od jakichś dwudziestu lat, naprawdę potrafię sobie poradzić z jednym demonem, zresztą Roise także. - Nie zamierzała ignorować tego, że jej mężczyzna również miał z tym coś wspólnego. - Mimo wszystko dobrze wiedzieć, że martwisz się o Fabiana, to akurat ma sens. - No nie mogła pominąć i tego. Najwyraźniej chciał to sprawdzić dla ich chrześniaka, co nieco wybielało Fenwicka w jej oczach, tylko nieco. Mógł to przecież rozegrać zupełnie inaczej. Nie organizować tej całej pułapki, gdyby do nich przyszedł im im to wyjaśnił na pewno nie mieliby problemu z tym, żeby sprawdził, czy nie siedzi w nich jakichś demon, nawet jeśli wiedziała, że tak nie było.
Słuchała tego, co mówił Ambroise i zaczęła sobie układać pewne fakty w głowie. To wcale nie było takie łatwe zważając na to, że ten typ ciągle paplał, gęba mu się nie zamykała. Geraldine nie była przyzwyczajona, że wokół niej się, aż tyle działo. Był za oceanem, musiał wrócić, czyli nie było go na miejscu, to musiał być ktoś, kto postanowił wyjechać z Wielkiej Brytanii, pewnie jakiś znajomy, tyle, że skoro go nigdy nie widziała, to musiał wyjechać dość dawno, jakieś siedem lat temu? Może jeszcze dawniej. Nie kojarzyła go ze ślubu Corio, ani z żadnych innych spotkań, których przecież przez lata odbyło się naprawdę wiele. Była ciekawa kim dokładnie był i dlaczego wrócił tutaj właśnie teraz.
Nie odzywała się zbyt wiele, raczej przyglądała się mężczyznom mrużąc oczy, próbowała to wszystko zrozumieć, ale wychodziło jej to raczej chujowo.
- Ta sprawa była tylko i wyłącznie moją sprawą, zresztą została już załatwiona, więc możesz zejść z tonu. - Nie miała pojęcia dlaczego typ się tak zesrał o to, że go nie zaangażowała, skoro przecież jeszcze pięć minut nie wiedziała o tym, że Roise ma kumpla który jest jakimś pierdolonym łowcą demonów, nie wspominał jej o tym, jak mniemała dlatego, że go tutaj nie było. Zupełnie nie potrafiła ogarnąć dlaczego miał o to pretensje, zresztą Roise i tak miał gówno do powiedzenia w momencie, w którym szykowała się do wyjścia do jaskini, wtedy jeszcze ledwie byli w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu, nieco się zmieniło, zupełnie przypadkowo, ale jednak.
Uniosła brwi, kiedy wspomniał o tym, że połowa magicznego Londynu chce go zajebać, co takiego mógł zrobić, że naraził się, aż takiej ilości czarodziejów? Kim do chuja był ten człowiek i dlaczego Corio mu ufał, w sumie Roise chyba też, bo póki co się na niego nie rzucił. To było dziwne i niepokojące, ale nie chciała aktualnie za bardzo drążyć. Klatka schodowa nie była ku temu odpowiednim miejscem.
Dostrzegła dłoń Roisa, którą wyciągnął w jej kierunku, więc ją chwyciła. Nie byli dziećmi, aby musieć się tłumaczyć z tego co tutaj robili, razem. Zresztą Lestrange kilka dni temu nie omieszkał im powiedzieć co o tym myśli, więc mieli to już za sobą. Podejrzewała, że tym razem nie będzie miał chęci poruszać tego temaru, zwłaszcza, że ostatnim razem nie zakończyło się to zbyt przyjemnie.
- Dobra, jebać to, Lestrange musi nam coś wyjaśnić. - Tak, nie umykało jej to, że Corio nasłał na nich swojego koleżkę, więc wypadałoby się z nim skonfrontować i zapytać go o to, co mu właściwie odjebało. Nie widziała żadnych przeciwskazań przeciwko temu, aby zrobić to od razu. Przynajmniej będzie miał szansę zobaczyć ich zadowolenie spowodowane tym, co się wydarzyło.
Skoro już to ustalili, to ruszyła do mieszkania Corio, gotowa powiedzieć mu co o tym myśli, tak właściwie to wszyscy tam weszli.