20.02.2025, 15:37 ✶
– Och, to dość… mocne. Moja, na całe szczęście, już się przy mnie poddała. Chyba pogodziła się z myślą, że to sprawa beznadziejna – stwierdziła Brenna lekko, a kąciki jej ust wciąż wyginały się w uśmiechu, choć ten był ledwo widoczny. Nie chciała za wiele myśleć o widowisku randkowym. Z wielu różnych powodów, chociaż podstawowy to że była zła na samą siebie, że stamtąd wyszło, bo kilkanaście minut po tym, jak przestąpiła próg, na scenie objawił się poszukiwany. – Jesteście już chyba razem parę miesięcy? Mam nadzieję, że dobrze cię traktuje – oświadczyła niby to żartobliwie, chociaż stała za tym pytanie trochę jej krótka wymiana zdań z panią Quirke. Bo ostatecznie wydawało się, że wszystko w porządku, ale wcale nie mogła być tego pewna.
– Czyli… całkiem normalna praca – zbyła słowa Olivii. Po prawdzie odkąd była Detektywem same mandaty wystawiała rzadko, a lwia część pracy oznaczała nie raporty czy jakieś pościgi, a na przykład mozolne prowadzenie obserwacji czy zbieranie informacji o jakiejś osobie, ale Brenna dawno nauczyła się, że o pracy gliny właściwie mało kto chciał za wiele słuchać. – W takim razie, gdyby ktoś szukał eliksirów, będę pamiętała, żeby cię polecić.
Wprawdzie Nora też była mistrzynią eliksirów, ale sporo czasu spędzała zajmując się swoim biznesem, więc Brenna nie czuła, żeby polecanie komuś usług Olivii było tutaj jakoś niesprawiedliwe… Zwłaszcza, że kiedyś dość często takie osoby kierowała dla Aveliny, a teraz przecież nie było to możliwe.
Zamyśliła się na chwilę, kiedy Quirke zasugerowała, że Lestrangowie mogli sami wyhodować kwiaty, czy by ściągnąć uwagę, czy w jakimś innym, bardziej mrocznym celu. Brennie nie przyszło to do tej pory do głowy: owszem, niektórzy przedstawiciele tego rodu byli odrobinę mroczni. Owszem, śmierciożercy biegający po ulicach nie brali się znikąd, a raczej z najbardziej konserwatywnych rodów, i pewnie ktoś z tym nazwiskiem nosił białą maskę. A mimo to jakoś nawet nie pomyślała o takim rozwiązaniu.
– Sama nie wiem… – przyznała z wahaniem. – Chyba są lepsze sposoby na ściągnięcie uwagi? Wiesz, mogliby znowu ogłosić jakiś honorowy pojedynek albo wziąć potajemny ślub, zamienić mężów, albo coś takiego. Ale może faktycznie celowo zasadzili te kwiaty i mają po prostu w tym jakiś cel?
Wzruszyła lekko ramionami, raczej w geście wyrażającym, że nie ma pojęcia, niż wskazującym na obojętność. O wiele za słabo znała się na roślinach, żeby wiedzieć, do czego mogłyby posłużyć czarne kwiaty w Maida Valen.
– Taaaak, słyszałam o sadzie Abbottów. Zresztą, ostatnio dzieje się tyle rzeczy… mówiąc szczerze, nie sięgam myślami tak daleko, jak wiosna. Po Beltane po prawdzie nie wierzę, że śmierciożercy nie pójdą o krok dalej i jakoś wątpię, czy dadzą nam spokój aż do marca – mruknęła cicho i z jej ust wyrwało się westchnienie. Wizje Morpheusa: płonący sad, płonąca Knieja, płonąca Warownia… I nic co mogłaby zrobić, aby na to wszystko zaradzić. Jak miałaby ochronić sad Abbottów, jeśli oni tego nie osiągną? Jak mogłaby ochronić Warownię, jeśli spowijające ją ochronne zaklęcia to będzie zbyt mało? Odepchnęła jednak od siebie te myśli i po prostu przerzuciła torbę z eliksirami przez ramię. Zadanie, w gruncie rzeczy, wykonane. – Uważajcie na siebie, ty i Tristan. Umiecie się teleportować, prawda?
– Czyli… całkiem normalna praca – zbyła słowa Olivii. Po prawdzie odkąd była Detektywem same mandaty wystawiała rzadko, a lwia część pracy oznaczała nie raporty czy jakieś pościgi, a na przykład mozolne prowadzenie obserwacji czy zbieranie informacji o jakiejś osobie, ale Brenna dawno nauczyła się, że o pracy gliny właściwie mało kto chciał za wiele słuchać. – W takim razie, gdyby ktoś szukał eliksirów, będę pamiętała, żeby cię polecić.
Wprawdzie Nora też była mistrzynią eliksirów, ale sporo czasu spędzała zajmując się swoim biznesem, więc Brenna nie czuła, żeby polecanie komuś usług Olivii było tutaj jakoś niesprawiedliwe… Zwłaszcza, że kiedyś dość często takie osoby kierowała dla Aveliny, a teraz przecież nie było to możliwe.
Zamyśliła się na chwilę, kiedy Quirke zasugerowała, że Lestrangowie mogli sami wyhodować kwiaty, czy by ściągnąć uwagę, czy w jakimś innym, bardziej mrocznym celu. Brennie nie przyszło to do tej pory do głowy: owszem, niektórzy przedstawiciele tego rodu byli odrobinę mroczni. Owszem, śmierciożercy biegający po ulicach nie brali się znikąd, a raczej z najbardziej konserwatywnych rodów, i pewnie ktoś z tym nazwiskiem nosił białą maskę. A mimo to jakoś nawet nie pomyślała o takim rozwiązaniu.
– Sama nie wiem… – przyznała z wahaniem. – Chyba są lepsze sposoby na ściągnięcie uwagi? Wiesz, mogliby znowu ogłosić jakiś honorowy pojedynek albo wziąć potajemny ślub, zamienić mężów, albo coś takiego. Ale może faktycznie celowo zasadzili te kwiaty i mają po prostu w tym jakiś cel?
Wzruszyła lekko ramionami, raczej w geście wyrażającym, że nie ma pojęcia, niż wskazującym na obojętność. O wiele za słabo znała się na roślinach, żeby wiedzieć, do czego mogłyby posłużyć czarne kwiaty w Maida Valen.
– Taaaak, słyszałam o sadzie Abbottów. Zresztą, ostatnio dzieje się tyle rzeczy… mówiąc szczerze, nie sięgam myślami tak daleko, jak wiosna. Po Beltane po prawdzie nie wierzę, że śmierciożercy nie pójdą o krok dalej i jakoś wątpię, czy dadzą nam spokój aż do marca – mruknęła cicho i z jej ust wyrwało się westchnienie. Wizje Morpheusa: płonący sad, płonąca Knieja, płonąca Warownia… I nic co mogłaby zrobić, aby na to wszystko zaradzić. Jak miałaby ochronić sad Abbottów, jeśli oni tego nie osiągną? Jak mogłaby ochronić Warownię, jeśli spowijające ją ochronne zaklęcia to będzie zbyt mało? Odepchnęła jednak od siebie te myśli i po prostu przerzuciła torbę z eliksirami przez ramię. Zadanie, w gruncie rzeczy, wykonane. – Uważajcie na siebie, ty i Tristan. Umiecie się teleportować, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.