20.02.2025, 15:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 16:04 przez Alexander Mulciber.)
Był prorokiem i synem proroków, który nosił proroctwa na ustach i przekleństwo we krwi. Proroctwa, które były potwierdzeniem jego przeklętego dziedzictwa tak samo jak sygnet noszony na małym palcu lewej ręki. Pierdolony prorok z pierdolonym syndromem pierdolonej Kasandry.
"Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje."
Głos Lorien grzmiał zwielokrotniony w jego głowie, niosąc się echem pustej sali Wizengamotu, gdy odczytywała akt oskarżenia, surowe słowa, w których prawa ustalone wolą człowieka ścierały się z prawami rządzącymi jego przeznaczeniem. To nie było oskarżenie, zrozumiał. To był wyrok. Ale wyroki, podobnie jak i proroctwa, miały w sobie przyjemną ostateczność. Być może jakimś cudem zdołali w tej ostateczności odnaleźć coś na kształt porozumienia, coś na kształt ulgi. Nie była to ulga płynąca z przyznania się do winy – ulga przebaczenia – bo Alexander Mulciber nie wierzył w przebaczenie. Była to ulga płynąca z prawdy.
"Nie masz nic na własność".
Potrzebował to usłyszeć, bo to była prawda.
Choć posiadał wgląd w przyszłość, nie miał nad nią żadnej władzy, bo im więcej widział, tym mniej mógł zrobić. Zew przyszłości mieszał się w jego żyłach z krwią Mulciberów. Wiecznie balansował między świadomością swojej roli a buntem przeciwko niej, między dogłębnym zrozumieniem, że jest wyłącznie narzędziem w rękach przeznaczenia, a potrzebą zawłaszczenia przyszłości, którą przepowiadał.
Próbując zawłaszczyć przepowiednię, która nie należała do niego, skazał się na służbę w szeregach Voldemorta. Ale znów, nie był skazańcem, choć nosił piętno skazańca, bo runa widniejąca na jego przedramieniu przypominała mu, że to on sam jest odpowiedzialny za własną destrukcję, on sam, nikt inny. Tragedia jasnowidza polegała na tym, że widział zbyt wiele, ale nie mógł zmienić niczego.
Próbując kochać, nie kochał – nie, on więził, ograniczał, dominował – w najgorszy możliwy sposób. "Jestem twoja", zapewniła go chłodno Ambrosia, głosem, w którym stanowczość mieszała się z odrazą, "ale nie jestem twoją własnością. Nie jestem rzeczą, którą możesz dysponować wedle własnego uznania." Ale znów, on nigdy nie widział w niej rzeczy, on kreślił na jej ustach runę Gebo, runę boskiej równowagi w dawaniu i braniu – w kochaniu i byciu kochanym – bo przecież była jego, ale tak samo jak on był jej. Kochał ją, więc chciał pozwolić jej odejść. Kochał ją, więc nie chciał, aby odchodziła.
Bo tak jak Alexander Mulciber wiecznie odchodził, tak nigdy nie potrafił odejść. Żył w przestrzeni między tym co dokonane i niedokonane, bo nawet wtedy, kiedy powinien odejść, on nie chciał odchodzić. Bo ten jeden raz, kiedy odszedł, kiedy uciekł na rumuńskie wyżyny, to był ten jeden raz, kiedy powinien zostać.
Dlatego teraz został.
Odruchowo podtrzymał osuwającą się na ziemię Lorien, samemu chwytając się brzegu umywalki, jak gdyby chciał spowolnić ich upadek, choć osuwał się wraz z nią, zawsze wraz z nią. Na ziemię, bo niżej upaść się nie dało. Wciąż było mu niedobrze, więc powitał z wdzięcznością rozlewający się pod plecami chłód kafelków – przycisnął na chwilę policzek do zimnej tafli, odetchnąwszy głęboko, zanim spojrzał na Lorien. Milczenie spowijało ich twarze w półmroku, czyniąc ich równymi sobie: z sędziej oskarżonego, a z oskarżonego – sędzię. Alexander przysunął się bliżej skulonej na podłodze kobiety, ciała stykające się ze sobą w dziecinnej niemal familiaryjności, gdy odgarnął jej włosy, w które wplecione były złote koraliki – jak świetliki, stwierdził kiedyś, gdy bawił się, znudzony, jednym z opadających jej na twarz loków – aby sięgnąć po najbardziej niepozorne z otaczających jej szyję świecidełek.
Obrócił w palcach złoty łańcuszek, z którego zwieszała się stara przywieszka z symbolem wagi.
– Nie chciałem dokładać kolejnego ciężaru na szalę po twojej stronie wagi. – Wyznanie winy, które nie zmieniało wyroku, a jednak, zmieniało wszystko inne. – Nie chciałem. – Wszedł jej w słowo w tej samej chwili, w której ona otworzyła usta, aby przemówić, przewidując moment, w którym "przeproś" stanie się jednością z "przepraszam", prorockie przyzwyczajenie, którego nie potrafił się wyzbyć. – Chciałem ująć ci zgryzot, nie ich dokładać. Pozwolić opaść mojej szalce, poszybować w górę twojej. Ta pierdolona fundacja... Ta pierdolona rodzina.
"Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje."
– Te wszystkie rzeczy nie muszą być moje, Lorien – powiedział cicho, poprawiając delikatnie jej łańcuszek z zawieszką w kształcie wagi – ale brzemię, jakim są, już tak. To moje brzemię. Nie twoje.
Tylko że kiedy potarł palcem zawieszkę, waga ani drgnęła.
Tyle imion. Lorien Crouch. Lorien Prewett. Lorien Mulciber. Tyle imion, ale żadne do niej nie pasowało. Żadne nie definiowało.
Chwytała się ich tak rozpaczliwie, jak gdyby mogły uchronić ją przed przyobleczeniem się w pióra jej prawdziwej natury, a on nigdy nie rozumiał, dlaczego. Nie, pomyślał – mrugnąwszy po raz pierwszy, odkąd skrzyżowali spojrzenia – nieprawda, bo rozumiał. Rozumiał bardzo dobrze. Każdy z nas jest nikim, ale nikt nie chce być nikim, bo każdy chce być kimś. Rozumiał to teraz, gdy byli dorosłymi ludźmi, ale rozumiał to też wtedy, gdy byli dziećmi, schowanymi przed światem na strychu rodowej posiadłości: gdy ona buszowała pośród rodzinnych pamiątek, a on wycinał magicznym scyzorykiem ich imiona na jednym z parapetów.
W smutnym solipsyzmie sracza Agnes Delacour, na posadzce z kafelków ułożonych tak krzywo, że zakrzywiała się granica między jawą a snem – gdzie trwali, skąpani w artyficjalnym świetle martwych lamp – byli wszystkim i niczym.
"Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje."
Głos Lorien grzmiał zwielokrotniony w jego głowie, niosąc się echem pustej sali Wizengamotu, gdy odczytywała akt oskarżenia, surowe słowa, w których prawa ustalone wolą człowieka ścierały się z prawami rządzącymi jego przeznaczeniem. To nie było oskarżenie, zrozumiał. To był wyrok. Ale wyroki, podobnie jak i proroctwa, miały w sobie przyjemną ostateczność. Być może jakimś cudem zdołali w tej ostateczności odnaleźć coś na kształt porozumienia, coś na kształt ulgi. Nie była to ulga płynąca z przyznania się do winy – ulga przebaczenia – bo Alexander Mulciber nie wierzył w przebaczenie. Była to ulga płynąca z prawdy.
"Nie masz nic na własność".
Potrzebował to usłyszeć, bo to była prawda.
Choć posiadał wgląd w przyszłość, nie miał nad nią żadnej władzy, bo im więcej widział, tym mniej mógł zrobić. Zew przyszłości mieszał się w jego żyłach z krwią Mulciberów. Wiecznie balansował między świadomością swojej roli a buntem przeciwko niej, między dogłębnym zrozumieniem, że jest wyłącznie narzędziem w rękach przeznaczenia, a potrzebą zawłaszczenia przyszłości, którą przepowiadał.
Próbując zawłaszczyć przepowiednię, która nie należała do niego, skazał się na służbę w szeregach Voldemorta. Ale znów, nie był skazańcem, choć nosił piętno skazańca, bo runa widniejąca na jego przedramieniu przypominała mu, że to on sam jest odpowiedzialny za własną destrukcję, on sam, nikt inny. Tragedia jasnowidza polegała na tym, że widział zbyt wiele, ale nie mógł zmienić niczego.
Próbując kochać, nie kochał – nie, on więził, ograniczał, dominował – w najgorszy możliwy sposób. "Jestem twoja", zapewniła go chłodno Ambrosia, głosem, w którym stanowczość mieszała się z odrazą, "ale nie jestem twoją własnością. Nie jestem rzeczą, którą możesz dysponować wedle własnego uznania." Ale znów, on nigdy nie widział w niej rzeczy, on kreślił na jej ustach runę Gebo, runę boskiej równowagi w dawaniu i braniu – w kochaniu i byciu kochanym – bo przecież była jego, ale tak samo jak on był jej. Kochał ją, więc chciał pozwolić jej odejść. Kochał ją, więc nie chciał, aby odchodziła.
Bo tak jak Alexander Mulciber wiecznie odchodził, tak nigdy nie potrafił odejść. Żył w przestrzeni między tym co dokonane i niedokonane, bo nawet wtedy, kiedy powinien odejść, on nie chciał odchodzić. Bo ten jeden raz, kiedy odszedł, kiedy uciekł na rumuńskie wyżyny, to był ten jeden raz, kiedy powinien zostać.
Dlatego teraz został.
Odruchowo podtrzymał osuwającą się na ziemię Lorien, samemu chwytając się brzegu umywalki, jak gdyby chciał spowolnić ich upadek, choć osuwał się wraz z nią, zawsze wraz z nią. Na ziemię, bo niżej upaść się nie dało. Wciąż było mu niedobrze, więc powitał z wdzięcznością rozlewający się pod plecami chłód kafelków – przycisnął na chwilę policzek do zimnej tafli, odetchnąwszy głęboko, zanim spojrzał na Lorien. Milczenie spowijało ich twarze w półmroku, czyniąc ich równymi sobie: z sędziej oskarżonego, a z oskarżonego – sędzię. Alexander przysunął się bliżej skulonej na podłodze kobiety, ciała stykające się ze sobą w dziecinnej niemal familiaryjności, gdy odgarnął jej włosy, w które wplecione były złote koraliki – jak świetliki, stwierdził kiedyś, gdy bawił się, znudzony, jednym z opadających jej na twarz loków – aby sięgnąć po najbardziej niepozorne z otaczających jej szyję świecidełek.
Obrócił w palcach złoty łańcuszek, z którego zwieszała się stara przywieszka z symbolem wagi.
– Nie chciałem dokładać kolejnego ciężaru na szalę po twojej stronie wagi. – Wyznanie winy, które nie zmieniało wyroku, a jednak, zmieniało wszystko inne. – Nie chciałem. – Wszedł jej w słowo w tej samej chwili, w której ona otworzyła usta, aby przemówić, przewidując moment, w którym "przeproś" stanie się jednością z "przepraszam", prorockie przyzwyczajenie, którego nie potrafił się wyzbyć. – Chciałem ująć ci zgryzot, nie ich dokładać. Pozwolić opaść mojej szalce, poszybować w górę twojej. Ta pierdolona fundacja... Ta pierdolona rodzina.
"Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje."
– Te wszystkie rzeczy nie muszą być moje, Lorien – powiedział cicho, poprawiając delikatnie jej łańcuszek z zawieszką w kształcie wagi – ale brzemię, jakim są, już tak. To moje brzemię. Nie twoje.
Tylko że kiedy potarł palcem zawieszkę, waga ani drgnęła.
Tyle imion. Lorien Crouch. Lorien Prewett. Lorien Mulciber. Tyle imion, ale żadne do niej nie pasowało. Żadne nie definiowało.
Chwytała się ich tak rozpaczliwie, jak gdyby mogły uchronić ją przed przyobleczeniem się w pióra jej prawdziwej natury, a on nigdy nie rozumiał, dlaczego. Nie, pomyślał – mrugnąwszy po raz pierwszy, odkąd skrzyżowali spojrzenia – nieprawda, bo rozumiał. Rozumiał bardzo dobrze. Każdy z nas jest nikim, ale nikt nie chce być nikim, bo każdy chce być kimś. Rozumiał to teraz, gdy byli dorosłymi ludźmi, ale rozumiał to też wtedy, gdy byli dziećmi, schowanymi przed światem na strychu rodowej posiadłości: gdy ona buszowała pośród rodzinnych pamiątek, a on wycinał magicznym scyzorykiem ich imiona na jednym z parapetów.
W smutnym solipsyzmie sracza Agnes Delacour, na posadzce z kafelków ułożonych tak krzywo, że zakrzywiała się granica między jawą a snem – gdzie trwali, skąpani w artyficjalnym świetle martwych lamp – byli wszystkim i niczym.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat