Tak pytanie było zbędne, bo właściwie przecież wrócili do punktu wyjścia. Każde z nich miało swoje zdanie na ten temat, nie chcieli go zmieniać, nie było raczej możliwości, żeby któreś z nich przestało się upierać przy swoim. Nie chciała jednak teraz o tym dyskutować, bo wiedziała już, że to nie miało najmniejszego sensu, nie teraz, może kiedyś, za jakiś czas, ale w przeciągu tych kilku dni nic na pewno nie wydarzyło się nic, co mogłoby spowodować, że któreś z nich zmieniło swoje podejście.
Nie chciała stawiać go pod ścianą, wymagać od niego czegoś, czego nie chciał, w sumie nawet nie chciał po prostu ujebał sobie, że nie może po to sięgnąć. Zdawała sobie sprawę, że to musiało być dla niego trudne, naprawdę próbowała to zrozumieć, może właśnie dlatego dzisiaj wolała nie rozgrzebywać tego, co powinni, a czego nie powinni. To nie był odpowiedni moment.
Zdawała sobie sprawę, że wiele złego wydarzyło się w ich życiach, nie mogli mieć pewności, że nie przytrafi się im to samo, co osobom w ich otoczeniu. Czasy były wyjątkowo trudne, świat stawał się coraz brutalniejszy. Ona sama nie sądziła, że warto było się przez to ograniczać, wręcz przeciwnie, skąd mogli wiedzieć bowiem, że kolejny dzień nie będzie tym ostatnim? Zdaniem Yaxleyówny warto więc było aktualnie sięgać po wszystko, czego się chciało. Roise miał odmienną opinię. Mocno skupiał się na tym, aby ją od siebie odsunąć, przez te kilka dni sytuacja nieco jej się rozjaśniła, wiedziała, że chodzi przede wszystkim o to, co robił w swoim wolnym czasie, o te interesy, którymi zajmował się po godzinach pracy. Nie znała szczegółów, nie wtrącała się nigdy w te sprawy, bo nie chciał, aby to robiła. Trochę tego żałowała, bo może gdyby miała większą świadomość, to mogliby uniknąć tego, co się z nimi stało. Może jakoś udałoby się jej coś zmienić.
Wiedziała, że nie ma szans na to, aby jego podejście się zmieniło. Mimo wszystko nadal się od niego nie odsuwała, nadal kręciła się koło niego, mimo, że to wszystko miało pozostać w Whitby, w murach Piaskownicy. Działo się zupełnie inaczej, pomimo tego, że znaleźli się w Londynie nadal przy sobie trwali. Nadal próbowali rozmawiać, co najważniejsze nadal nie stronili od tej bliskości, która w zasadzie była tylko i wyłącznie ich. Nie umiała się powstrzymać przed tym dotykiem, nie, gdy jego twarz znajdowała się tak blisko jego. Wiedziała, że nie doprowadzi jej to do niczego dobrego, bo przecież ustalili, że nie wrócą do tego, co mieli, a nadal to sobie robili. Roise pomimo tego, co mówił nie odsuwał się od niej, pozwalał jej dotykać się w ten sposób. To powodowało, że nie do końca wiedziała na czym stoi, bo niby nie mógł tego robić, nie mogli, a jednak to robili. Cóż, prędzej, czy później się to skończy.
Udało im się ukraść kolejną chwilę tej smutnej i szarej rzeczywistości. Nie żałowała, że się tutaj pojawiła, chociaż na samym początku wydawało jej się, że to było głupie. Jego zapewnienia jednak nieco ją uspokoiły, wiedziała, że będzie mogła to powtórzyć, że będzie mogła przyjść do niego i sprawdzić, czy nadal pamięta kim jest. Nie do końca wiedziała co zrobi, jeśli któregoś dnia okaże się, że ją zapomniał, ale póki co wszystko świadczyło o tym, że demon jednak jej go nie odebrał, a w zasadzie to nie odebrał mu tych wspólnych wspomnień, tych wszystkich lat, które razem spędzili.
- Tak, potrafimy, to też jest w nas wyjątkowe. - Mruknęła cicho i w końcu oderwała swoją dłoń od jego policzka. Twarz Roisa znajdowała się nadal bardzo blisko jej, przez chwilę uważnie mu się przyglądała. Chyba powinna już stąd wyjść, właściwie to wyjaśnili sobie dzisiaj dosyć sporo, nie spodziewała się, że ta wizyta potoczy się właśnie w ten sposób, że wyjaśnią sobie, aż tyle.
Nie sądziła, że będzie się w stanie z nim podzielić tym największym lękiem, który pojawił się po wyjściu z jaskini. Tak chyba było prościej, przynajmniej miał świadomość o tym, że zaczęła się na tym fiksować, nie, żeby to coś zmieniało, bo nadal mógł brać ją za wariatkę, ale przynajmniej uprzedziła go o tym, że tak się może stać, właściwie to już się działo. Już nie mogła znieść tej myśli, że faktycznie to mogło się wydarzyć. Kiedyś na pewno taki powód nie spowodowałby, że znalazła się w Mungu. Wyjątkowo nie znosiła tego miejsca, dzisiaj jednak wystarczyło, że nie odpisał jej na listy, a trafiła do jego gabinetu, te zachowanie świadczyło samo za siebie. Nie sądziła, że szybko minie, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że dużo czasu upłynie, nim poukłada sobie jakoś wszystko w głowie. Niestety Ambroise również oberwie przez to rykosztem, bo będzie się u niego pojawiać, będzie przypominać o swojej osobie, na pewno nie uda jej się trzymać od niego z daleka. To spowoduje, że rany się szybko nie zabliźnią, tylko ciągle będą rozdrapane. Zresztą to, co powiedziała Florence tylko potwierdziło to, co wydawało się Yaxleyównie. Byli sobie przeznaczeni, ich drogi miały się ze sobą spleść prędzej, czy później, to była miłość, nie żadna klątwa. Jakoś musieli sobie z tym wszystkim poradzić.