Cornelius stał w salonie swojego mieszkania, wpatrując się w cztery szklanki, które napełniał whisky, następnie odstawiając je na właściwe miejsce, aż wreszcie każda z nich była właściwie wypełniona i starannie ustawiona na stoliku, tuż przy misce z orzeszkami. Łapał się na tym, że raz za razem z niepokojem poprawiał ustawienie szkieł, starając się uzyskać idealny układ na ławie. Był poważny i zamyślony, nic dziwnego, bo od kilku godzin szykował się na coś więcej niż tylko zwykłe spotkanie towarzyskie. Jego myśli krążył wokół testu i niepewności, która towarzyszyła mu od momentu, gdy Aloysius zasugerował, że może lepiej byłoby, gdyby upewnili się odnośnie pewnych rzeczy. Miał w głowie plan, który wymagał od niego pełnego skupienia. Obok stolika ustawił dodatkowe butelki, przygotowując się na coś, co zdawało się być nieuchronną konfrontacją.
Odgłos zamykanych drzwi wejściowych zapowiedział przybycie gości. Wkrótce potem do jego uszu dotarł przesłodki głosik czarującej Geraldine, która najwyraźniej była w wyśmienitym humorze. Tak, tak, Cornelius nie musiał być jasnowidzem, by wiedzieć, że teraz, w tej chwili, była w bojowym nastroju. W jego wyobraźni pojawił się obraz największej sekutnicy, jaką znał: jego pierwszej żony. To znaczy, największej, zanim poznał Yaxley, dzięki której zweryfikował wcześniejsze doświadczenia. Wkurwiona Yaxley nie miała sobie równych.
Obciągnął mankiety koszuli, wziął głęboki oddech i, zgodnie z przesłodkim, głośnym życzeniem Geraldine, ruszył w kierunku korytarza.
To, co miało nastąpić, zwiastowało burzę. W jego myślach pojawiły się całkiem naturalne przypuszczenia, wyobrażał sobie różne scenariusze tej konfrontacji, ale żadna z nich nie mogła przygotować go na to, co zobaczył, gdy w końcu stanął w drzwiach. W jego oczach najpierw pojawiło się niedowierzanie, a potem kpina, gdy dostrzegł kobietę trzymającą rękę Ambroise'a. Zmrużył oczy, oceniając sytuację.
Wyglądała jak królowa balu, aczkolwiek jej wygląd zdradzał, że z pewnością miała za sobą intensywny dzień. Włosy Geraldine były nieco rozczochrane, a jej makijaż wymagał poprawki po tym, jak jej „ nie-chłopak” z pewnością trzymał ją zbyt mocno na dystans. Ona natomiast trzymała w drugiej dłoni bukiet kwiatów, co tylko potęgowało absurdalność sytuacji. Corio nie mógł powstrzymać wymownego spojrzenia, które przesunęło się na Ambroise'a. Ten, równie zresztą potargany i wymięty, wyglądał tak, jakby dopiero co przetrwał spotkanie z tornadem. Zdecydowanie musieli mieć jakieś kłopoty, bo z pewnością nie przerwano im miłosnego rendez-vous, skoro nic już między nimi nie było, wiatr ich na siebie pchnął... Czy coś. Jak dobrze, że nigdzie na korytarzu nie leżała skórka od banana...
Jego wzrok przesunął się w górę, aby spotkać się z oczami przyjaciela. Zanim jednak zdążył się odezwać, chrząknął znacząco, gestem dłoni dając przyjacielowi do zrozumienia, że ten powinien sprawdzić drobny szczegół swojego wyglądu - różany ślad pomadki, rozmazany w kąciku ust i na lewym policzku. Mimo, że Corio nie zamierzał być złośliwy, w tej sytuacji trudno mu było powstrzymać ironiczny uśmiech, który wkrótce i tak pojawił się na jego twarzy. W końcu Cornelius był mistrzem w wyciąganiu prawdy z ukrycia, a dzisiejsze spotkanie nie mogło być wyjątkiem.
- Miło was widzieć. - Powiedział, jego ton głosu był lekko znaczący, gdy podkreślił słowo „was”. Jego ironiczny ton był, oczywiście, wyczuwalny dla kogoś, kto obcował z Corio przez tyle lat, ale Lestrange w głębi duszy wiedział, że to on sam wprowadził ich w tę sytuację, więc nie zamierzał być aż takim chujem, żeby dodawać coś więcej.
Tym bardziej, że ta dwójka już nie była zbyt przeszczęśliwa. Z pewnością w tej chwili emanowała z nich energia, która mogła zmieść wszystko na ich drodze. Doskonale wiedział, czemu i, że choć to on nasłał Aloysiusa, by stawił czoła Geraldine oraz Ambroise'owi, teraz sytuacja się odwróciła. W tej chwili Aloysius nasłał Greengrassa i Yaxley na niego, a on musiał to wziąć na klatę, nie było innego wyjścia.
- Może lepiej, jeśli usiądziemy w salonie i porozmawiamy, zamiast stać na korytarzu? - Zaproponował, nie chcąc, aby napięcie między nimi wzrosło. Wiedział, że czekała ich trudna rozmowa, ale miał nadzieję, że mieli to jakoś rozwiązać. Musiał wziąć na klatę to, co zrobił, nasławszy Aloysiusa na Geraldine i Ambroise’a. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, tak?