Melancholijna aura w pomieszczeniu idealnie odzwierciedlała tą na zewnątrz. Drobne krople deszczu nie przestały uderzać o parapet, jesień zaczynała na dobre rozgaszczać się w Londynie. Było ciemno i zimno, ponuro. Nic dziwnego, że ten mrok wdarł się również do umysłu Yaxleyówny. Sporo się ostatnio wydarzyło, dużo za dużo jak na to, aby miała sobie z tym poradzić jedna osoba. Jednak starała się jakoś sobie z tym radzić, robiła co mogła, aby nie dać się pokonać. Nie było łatwo, zapene niejedna osoba już dawno zaszyłaby się w swoim domu i nie wychodziła z łóżka, czekając, aż nadejdą lepsze dni. W sumie do wiosny i nadziei było jeszcze sporo czasu, aktualnie miał nadejść ten najmroczniejszy czas w roku. Wszystko idealnie się spinało w całość, która nie wróżyła niczego dobrego. Krótsze dni, ciemność która już niedługo zacznie im towarzyszyć nawet w ciągu dnia, wtedy łatwiej będzie wątpić w nadzieję i lepszy czas.
Nocą przecież dużo łatwiej jest dać się pokonać, wszystko wydaje się straszniejsze, prawda miesza się z kłamstwem. Wierzyła jednak w to, że jakoś uda jej się przetrwać, zawsze się udawało, dlaczego więc tym razem nie miałoby być podobnie?
Yaxleyówna znalazła się tutaj niezauważona, bo zdecydowanie nie chciała robić dramatycznego wejścia, jeszcze zobaczyłby ją ktoś znajomy i pojawiłyby się kolejne plotki na jej temat. Nie sądziła, że ktoś zauważy ją, gdy wkradnie się do jego gabinetu jeśli skorzysta z tego mniej oficjalnego wejścia. Nie zależało jej na rozgłosie, nie chciała, aby ktoś interesował się tym, co robiła w Mungu w środku nocy. Wiedziała, że to może być dość kontrowersyjne. Nie, żeby się tym szczególnie przejmowała, ale niektóre części swojego życia wolała trzymać w tajemnicy, zwłaszcza, że jeszcze sama sobie ich do końca nie poukładała.
Nadal znajdowała się w gabinecie Roisa, mimo, że sądziła, że już powinna stąd wyjść to znalazł sposób, aby ją tutaj zatrzymać. Nie potrzebował do tego wiele, wystarczyło, aby wspomniał o tym, że potrzebuje jej do czegoś, a była gotowa tutaj zostać, chociażby do rana. Mimo tego, że przecież nic ich już miało nie łączyć. Tak - jasne. Gdyby nic ich miało już nie łączyć to nie zjawiłaby się tutaj w środku nocy, a on nie szukałby powodu, aby została tu trochę dłużej. Oszukiwali siebie nawzajem i samych siebie, ciekawe, kiedy w końcu się do tego przyznają.
Trwali przy sobie już tydzień, chociaż miała być to tylko chwila. Jakoś nieszczególnie spieszyli się do tego, żeby odejść - każde w swoją stroną. Spędzili ze sobą te wszystkie noce, dzisiaj miała być pierwsza osobna, a i tak jakoś znalazła sposób, aby znaleźć się u jego boku. Nie, żeby celowo wykorzystywała swój lęk, gdyby się do niej odezwał, odpowiedział na pytania, które mu zadała w listach pewnie by jej tutaj nie było, a tak znalazła idealny powód do tego, zby znaleźć się ponownie tuż obok niego. Musiała mieć pewność, że nic się nie zmieniło, niby nic nie musiała, ale w tym wypadku to było silniejsze od wszystkiego innego.
Nie byli tymi samymi osobami, to jednak nie zmieniało tego, że nadal czuli do siebie te same uczucia. Na pewno nie było możliwości, aby weszli jak gdyby nigdy nic w to, co kiedyś mieli. To by się nie sprawdziło, byla tego pewna. Nie zamierzała bowiem znowu zgadzać się na wszystko, czego chciał. Na pewno po raz kolejny nie miała zamiaru trzymać się z daleka od tych spraw związanych z jego drugą działalnością, wiedziała, że to na pewno będzie musiało się zmienić, bo przez to pojawiła się większość z komplikacji. Nie chciała się dostosować, wracać do tego, co kiedyś mieli, bo nie wydawało jej się to do końca właściwe, nie kiedy cały świat stawał na głowie. Musieli być gotowi pomagać sobie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Mógł mówić, że nie zamierza jej w to mieszać, że to było niebezpieczne, że tam był kimś innym, że nie chciał, aby go takiego widziała, ale miała to w nosie. Nie bała się tego, co zobaczy. Bez względu na wszystko i tak zawsze będzie najważniejszą osobą w jej życiu. Akceptowała go i kochała całego, ze wszystkimi wadami i tym całym bagażem doświadczeń. Tyle, że właśnie, póki co nie rozmawiali o tym, że to co robili jest nowym początkiem, skłaniali się raczej ku zakończeniu, ale to też nie wydawało się mieć sensu. Nie kiedy ciągle szukali okazji, aby spędzić ze sobą więcej czasu.
- Wrobiłeś mnie w coś gównianego, co? - Skoro jednak już się zgodziła, to nie wypadało teraz odejść. Nie należała do osób, które tak łatwo się poddawały, ale to Roise też już wiedział, czyż nie, na pewno zdawał sobie sprawę iż, jeśli już się określiła, to nie odejdzie bez spełnienia swojej obietnicy.
- Potrzebujesz mnie do przybijania pieczątek, nieźle, liczyłam na coś bardziej porywającego... - Nie zakładała, że postanowi ją zaangażować do takiej nudnej roboty, ale z drugiej strony, czy aktualnie miała coś lepszego do robienia, no nie do końca.
Geraldine osunęła się na ziemię, właściwie to po prostu zeszła z krzesła i usiadła po turecku na podłodze tuż obok tych papierów, które przelewitował w jej kierunku. - Gdzie masz pieczątkę? Czy będę mogła dorysować jakieś wzorki, czy jednak nie do końca? - W końcu samo przybijanie pieczątek było naprawdę nudnym zajęciem. Jakoś pewnie uda im się przetrwać te noc, chociaż nie była pewna, czy nie zaśnie nad tymi kartkami.