Geraldine nie miała pojęcia, kim była Alice, ale najwyraźniej Ambroise nie miał o niej dobrego zdania, i chyba ten jego koleżka też nieco przejechał się na tej typiarze. Jeśli dobrze dedukowała, to panna była mugolaczką, bo nieznajomy wspominał coś o jebaniu szlam i o tym, że był zdrajcą krwi. Teraz wszystko łączyło się we względną całość, to zapewne był powód dla którego zniknął z kraju, a teraz połowa Londynu chciała go zajebać. Całkiem szybko przyszło jej zrozumienie clue całej sprawy, w sumie to on chyba nie miał oporu przed tym, aby się tym podzielić. Zabawne, bo przecież nie miał pojęcia, jakie miała poglądy, mogła być przecież jedną z tych pojebanych fanatyczek, którym zależało na tym, aby czystokrwiści spółkowali tylko z czystokrwistymi.
Tak właściwie to nie trzeba było być Sherlockiem, aby dostrzec, że należała do osób, które miały raczej wyjebane w te wszystkie konwenanse, nie do końca interesowało ją to, co kto robił, z kim sypiał. To nie były jej problemy, sama miała znajomych mugolaków, których bardzo lubiła. Starała się jednak dbać o to, aby pozycja ich rodziny była nie zachwiana. Szczególnie, że ostatnio to ona była tą najbardziej widoczną wszędzie, chociaż nigdy jej na tym zależało. Niestety, jeden z jej braci zniknął chuj wie gdzie i najwyraźniej nie zamierzał wrócić, a drugi został pierdolonym wampirem, więc chąc nie chcąc to na nią spadła odpowiedzialność utrzymywania pozytywnych relacji z innymi rodzinami. Musiała dbać o to, jak widzieli ich inni, co ostatnio wcale nie było takie proste, zważając na to, że jej wyimaginowany, demoniczny brat bliźniak utrudniał życie sporej części społeczeństwa Londynu, niestety jego występki były powiązane i z nią. Musiała świecić za niego oczami i udawać, że ma wszystko pod kontrolą, chociaż wtedy jeszcze nie miała. Właściwie to aktualnie również nie do końca zdawała sobie sprawę, czy faktycznie problem został zażegnany. Niby tak, ale ciągle czuła to chujowe uczucie niepewności. Tyle, że typ, który wrócił nagle zza oceanu raczej nie był osobą, z którą chciałaby o tym rozmawiać, szczególnie, że chyba tylko i wyłącznie dla niej był obcy. Umknęło jej wcześniej to, że ta trójka była bliskimi przyjaciółmi, cóż, była młodsza, nie wiedziała o nich wszystkiego.
Nie komentowała jeszcze tego, czy obecność zdrajcy krwi w domu Corneliusa była dobrym pomysłem, jak sam Rookwood wspomniał tutaj było dziecko. Wiadomo w jaki sposób działali śmierciożercy nie mieli najmniejszych skrupułów. Na pewno będzie musiała poruszyć ten temat, ale później, wypadałoby zacząć od tego, że Lestrange nasłał na nich łowcę demonów.
W końcu w pomieszczeniu pojawił się i on, sprawca całego zamieszania. Yaxleyówna czuła, że Corio mierzy ich wzrokiem, ostatnio robił to chyba mniej ostentacyjnie, nie sądziła, że powinni sobie zrobić powtórkę z rozrywki, wszak już mu wspomniała o tym, że nie powinien się interesować tym, z kim sypia, bo to nie była jego sprawa. Poznali już jego zdanie na ten temat, i chyba nic sobie z tego nie zrobili. Nie było sensu, aby znowu przypominał im o tym, że to był chujowy pomysł, byli tego świadomi, a i tak robili to, na co mieli ochotę.
- Ciebie również Corio, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że w końcu się pokazałeś. - Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie był szczery, wręcz przeciwnie, raczej wyglądał na bardzo wymuszony. Do tego zresztą dochodził błysk w jej oczach, ten który zwiastował, że naprawdę była wkurwiona. Zupełnie przypadkowo ścisnęła jeszcze mocniej dłoń Roisa, nie, żeby chciała zrobić mu krzywdę, ale jakoś tak wyszło.
- Nikt nie powiedział, że to była udana walka, mogło być lepiej, ale problem się rozwiązał, już mnie nie dotyczy. - Mruknęła do Fenwicka. Nie chciała wracać do tematu demona, nie była zadowolona z tego, co wydarzyło się w jaskini, tak właściwie to nic nie poszło tam po jej myśli, a nie znosiła mówić o swoich niepowodzeniach, zdecydowanie wolałaby więc nie wracać do tego, co się tam wydarzyło. Czuła, że była to jej porażka, że źle wszystko zaplanowała. Nie znosiła, kiedy inni widzieli, że tak naprawdę nie do końca radziła sobie z tym, co działo się w jej życiu, wolała udawać, że wszystko jest w porządku, tak było prościej niżeli przyznawać się do porażek, które ostatnio ją zasypywały.
- No jasne, najprościej mówić, że nikt z nas nie ma siły, żeby zrobić cokolwiek. Gdzie byłeś, kiedy oni Cie potrzebowali, co? - Ucieczka i zwianie z kraju z jakąś dupą było całkiem zgrabnym rozwiązaniem, żeby nie mieszać się w to, co działo się na miejscu. Jeśli dobrze zrozumiała był ich przyjacielem, bratem, a zostawił ich tutaj samych na te wszystkie lata. - Szkoda, że byłeś bierny, kiedy oni zabili Amandę. - Yaxleyówna była wkurwiona, a wtedy zupełnie nie ważyła słów, które padały z jej ust. Mógł sobie pierdolić o tym, że nie mogli nic zrobić, ale ona była na miejscu, zdarzało jej się angażować zupełnie przypadkowo w starcia z tymi, którym nie podobało się to, jak zaczynał wyglądać ich świat, mimo, że sama należała raczej do tej uprzywilejowanej części społeczeństwa. Łatwo było oceniać wszystko z boku.
- Rychło w czas. - Dodała jeszcze. Geraldine ostatnio straciła kilka bliskich osób, Benjy zapewne nie miał o tym pojęcia, bo skąd mógł to wiedzieć, nie znał jej zupełnie. Zapewne nie zdawał sobie też sprawy z tego, że przez to nieomal nie straciła Roisa, o czym zresztą sama dowiedziała się ledwie kilka dni temu. Powoli zaczynało jej to wszystko ciążyć. Nie była w szczególnie dobrym nastroju na takie przepychanki.
Nie sądziła, że znalezienie się w salonie miało cokolwiek zmienić. Nastroje wszyscy mieli raczej nieco podminowane, spodziewała się, że znowu wizyta u Corio zakończy się dość dramatycznie, ale póki co postanowiła na to przystać. Ruszyła więc za mężczyznami, ciągnąc za sobą Ambroisa, nadal nie wypuszczała bowiem jego dłoni, jakby faktycznie jego wsparcie mogło spowodować, że się uspokoi, chociaż to raczej nie było możliwe.