W przypadku Yaxleyówny jakiekolwiek granice już dawno przestały istnieć. Była porywcza, potrafiła się zdenerwować bardzo mocno w przeciągu kilku sekund, nieodpowiednio dobranych słów, czasem wystarczyło spojrzenie, które jej się nie spodobało. Być może Rookwood o tym nie wiedział, właściwie miał prawo tego nie wiedzieć, znał ją jako gówniarę, jeszcze kiedy uszczęszczała do Hogwartu. Tam też nie była szczególnie łatwym w obyciu człowiekiem, ale wraz z upływem czasu... cóż było z nią tylko gorzej. Zwłaszcza kiedy zorientowała się, że mało kto jest w stanie zrobić jej krzywdę. Bardzo chętnie prowokowała, doprowadzała ludzi na skraj, żeby zobaczyć, jak reagują.
W tym wypadku złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, no typ czekał na nich na klatce schodowej, przygotował sobie pułapkę, miała świadomość, że to nie był raczej jego pomysł, ale mniejsza z tym, to on wykonywał polecenie, to on był sprawcą zamieszania. Po drugie pojawiał się znikąd i pierdolił, ględził, nie miał zielonego pojęcia o tym, jak wyglądała sytuacja tutaj przez ostatnie lata. Zachowywał się tak, jakby Wielka Brytania była miejscem wiecznej sielanki, a było przecież zupełnie inaczej.
Nie miał pojęcia, co się tutaj działo. Nie widział tego, jak wyglądała Dolina po ataku na Beltane, Yaxleyówna angażowała się wtedy w szukanie ofiar śmierciożerców, nie miał pojęcia o widmach, które pojawiły się w lesie, ona widziała co one robiły z ludźmi, znalazła w końcu tego biednego chłopca, z którego zostało wyssane życie, który utknął w ciele starca. Nie miała problemu z tym, aby ryzykować swoje własne życie, by pomagać tym, którzy tego potrzebowali. Niczego nie oczekiwała w zamian, sama przecież oberwała dość mocno podczas jednego z pierwszych ataków śmierciożerców, było blisko, żeby i ona zniknęła z tego świata.
Stojący przed nią typ gówno o niej wiedział, nie miał pojęcia, jak wyglądało jej życie, co ostatnio przeżyła. Jasne, nie mogła narzekać na wsparcie rodziny, ale to nie było wszystkim. Nie była typową panną z dobrego domu, która tylko liczyła na dostęp do rodzinnych galeonów, brała na siebie sporą odpowiedzialność, ba, ostatnio to głównie ona zajmowała się sprawami swojej familii, miała pod opieką swojego młodszego, wampirzego brata, całą masę innych, gównianych problemów, a ten miał czelność wyrzucać jej to, że była uprzywilejowana? Zapewne dużo łatwiej było rzucić to wszystko w pizdu i zacząć sobie układać życie gdzieś inadziej. Nie potrzebowała do szczęścia rodzinnego majątku.
- Gówno o mnie wiesz, Rookwood. - Wysyczała przez zaciśnięte zęby. Nie miał pojęcia ile kosztowało ją to, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym była. Ile czasu poświęciła na to, aby nie być lekceważoną przez mężczyzn w swoim towarzystwie, bo kobiety jak ona wcale nie miały lekko, kiedy chciały odnaleźć się w tym raczej męskim świecie łowców. Mógł sobie pierdolić te swoje farmazony, ale one nie miały dla niej żadnego sensu.
- Po Ciebie też by miał kto przyjść z odsieczą, gdybyś nie postanowił spierdolić, zresztą, co teraz zrobiłeś, pojawiłeś się tutaj, jakby nic się nie stało gotowy do działania, ryzykujesz ich życie zjawiając się tutaj, zdajesz sobie sprawę. Niech tylko ktoś się dowie, że tutaj jesteś, na pewno się tym zainteresują, wiesz o tym, prawda? Masz tego świadomość? - Poplecznicy Voldemorta nie zwlekali z tym, aby atakować tych, którzy postanowili im się stawiać. Zresztą sam wspomniał o tym, że połowa Londynu chce jego śmierci. Całkiem rozsądne było pojawienie się w mieszkaniu Corneliusa, w którym jak sam wspomniał mieszkało dziecko. Wyśmienity kurwa pomysł.
Przez długi czas mówiła o tym, że konflikt ich nie dotyczy, że są uprzywilejowani jako czystokrwiści, ale to była gówno prawda. Rzeczywistość dopadła i ich, wbrew pozorom miała tego świadomość, chociaż przez długi czas się przed tym broniła. Może oficjalnie nie opowiedziała się za żadną ze stron, nadal twierdząc, że jej to nie dotyczy, ale dla swoich najbliższych była gotowa zrobić wszystko. Mógł sobie twierdzić, że było inaczej, ale jej nie znał. Nie miał pojęcia o tym, że potrafiła ryzykować życie nawet dla nieznajomych, nie wydawało jej się, aby to było takie powszechne zachowanie wśród innych czystokrwistych, którzy nie widzieli więcej niż czubek własnego nosa.
Tak, nie było jej przy Amandzie, kiedy tamta oberwała zaklęciem i tego nie mogła sobie wybaczyć, bo przecież udało jej się uratować innych, a nie tego, na kim faktycznie jej zależało. Nie miała na to wpływu, nie wiedzieli przecież, kiedy i gdzie uderzą poplecznicy Voldemorta, ale nie spierdoliła z kraju, była na miejscu, gotowa reagować, kiedy nadarzyła się ku temu okazja.
Wypuściła z dłoni bukiet kwiatów, który w niej trzymała, posłała Roisowi krótkie spojrzenie, poczuła, że zacisnął mocniej dłoń na jej, ale chyba już podjęła decyzję. Wypuściła swoją rękę i ruszyła szybkim tempem w stronę Fenwicka, rozzłościł ją tym, co powiedział, a że wcześniej już była wkurwiona, to cóż... Zupełnie przestała nad sobą panować. Nie miała problemu z tym, aby na niego wyskoczyć, szczególnie po tym ostatnim zdaniu, które wypowiedział w jej kierunku.
Geraldine wyskoczyła do mężczyzny i chciała go popchnąć w ścianę, tak, żeby jak najmocniej o nią uderzył, nie zamierzała pozwolić mu kontynuować tego pierdolenia.
AF ◉◉◉◉◉ na pchnięcie Fenwicka w ścianę
Sukces!