22.02.2025, 22:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 22:21 przez Olivia Quirke.)
Olivia uniosła lekko kąciki ust. To moja praca - ciekawe, czy każdego pacjenta przyjmuje tak praktycznie z dnia na dzień, czy po prostu miała dużo szczęścia? A może to szczęście nazywało się Millie Moody? Millie Nienawidzę Cię Moody. Millie Zazdroszczę Ci Życia Moody. Gdyby nie ona, to zapewne Olivia nigdy nie odważyłaby się zrobić tego kroku. Bo tak naprawdę mimo całej swojej postawy, Quirke była tchórzem. Mogła walczyć w obronie innych, zasłaniać ich własnym ciałem, mogła walczyć w imię większego dobra, lecz jeżeli przychodziło do obrony swojego jestestwa: nagle zaczynała się wycofywać. A przecież od tego, co tu usłyszy, będzie zależało jej dalsze życie.
Trigger Warning: Poronienie, Narkotyki (Odkryj)
- Cóż...- zaczęła, przesuwając wzrokiem po biurku. Na jej policzki wystąpił lekki rumieniec wstydu. Jeżeli po tym wszystkim nie dostanie naklejki i lizaka, to będzie to chyba jedna z najdziwniejszych wizyt, które odbyła. Jak leżała w Mungu kilka lat temu, pielęgniarki przemycały jej cukierki. Od jednego nawet śpiewała przez kwadrans. - Poroniłam na początku 1968 roku. Nie pamiętam dokładnie, co się stało: po prostu poczułam ogromny ból i zobaczyłam krew i straciłam przytomność. Obudziłam się w Mungu, rodzice mnie przynieśli.
Zaczęła ostrożnie, unikając wyraźnie patrzenia na Basiliusa. Nie chciała utrzymywać kontaktu wzrokowego podczas opowiadania o tym, co się zadziało w jej życiu tak naprawdę całkiem niedawno. Mimo że powiedziała z grubsza Tristanowi, a wcześniej Millie, o tym co się stało, to wszystko nadal bolało. Nadal bolał nienazwany grób, nadal bolało podbrzusze, nadal bolała psychika. Bolało jednak przede wszystkim serce. Gdyby wtedy nie doszło do tragedii, jej dziecko miałoby 3 lata. Na samą tę myśl w oczach Olivii pojawiły się łzy. Tym razem jednak była na to przygotowana: wyciągnęła z torebki chusteczkę, którą wytarła kąciki ust, ubiegając słone krople.
- Uzdrowiciele powiedzieli, że czasem się tak zdarza, szczególnie w pierwszym trymestrze. I że wszystko jest w porządku, przynajmniej fizycznie. Nie chciałam iść do Lecznicy Dusz, myślałam że dam radę sama. I... Cóż, nie dałam - dopiero teraz spojrzała Prewettowi w oczy. Po raz kolejny patrzyła na kogoś z tej rodziny oczami pełnymi łez - i nie były to łzy udawane, lecz łzy prawdziwego, głębokiego żalu i rozpaczy. W jej niebieskich oczach czaił się tak nieprawdopodobny, ogromny ból, że gdyby Olivia spojrzała teraz w lustro na samą siebie, nie poznałaby się. Ten ból, który było widać gdy rozstawała się z Laurentem, był niczym w porównaniu do tego, który skrywała przez lata i który widać było dzisiaj, właśnie teraz. - Zaczęłam pić, więcej palić, nawet sięgnęłam po narkotyki. To wszystko trwało prawie rok. Nie uważałam, żeby się zabezpieczać, ale mimo to nie zaszłam w ciążę. Pomógł... Pomógł mi pański krewny, Laurent. Tylko proszę mu o tym nie mówić, obowiązuje pana chyba tajemnica lekarska?
Miękki materiał chusteczki wytarł nieudolnie jedną z wielu łez, które toczyły się niekontrolowanie po policzkach Olivii.
- Prawie przedawkowałam. Znalazł mnie wtedy ojciec, w ostatniej chwili. Ledwo mnie odratowali. Gdy wyszłam z Munga, Laurent pokazał mi na nowo światło, nie wiedząc jak wiele mroku otaczało mnie przez ten czas. I wolałabym, by tak pozostało. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i nie chcę, by jego spojrzenie na mnie się zmieniło przez moją przeszłość - wyjaśniła, żeby przypadkiem Basilius nie pomyślał sobie, że to Laurent ją namówił do zmiany stylu życia. Nie, prawda była taka, że Olivia przeżyła tylko i wyłącznie dzięki temu, że znalazł ją własny ojciec. W melinie, oszczanej spelunie, na materacu, prawie rozebraną, z igłą wbitą w żyłę. Rzygającą i srającą pod siebie, gdy jednocześnie z ust toczyła się piana a oczy wywalały białka na wierzch. Nikt z jej przyjaciół obok nie zareagował. Została wtedy całkiem sama. - Chodzi o to, że przez ten czas było wiele okazji, żebym zaszła w ciążę, a tak się nie stało.
Zaczęła ostrożnie, unikając wyraźnie patrzenia na Basiliusa. Nie chciała utrzymywać kontaktu wzrokowego podczas opowiadania o tym, co się zadziało w jej życiu tak naprawdę całkiem niedawno. Mimo że powiedziała z grubsza Tristanowi, a wcześniej Millie, o tym co się stało, to wszystko nadal bolało. Nadal bolał nienazwany grób, nadal bolało podbrzusze, nadal bolała psychika. Bolało jednak przede wszystkim serce. Gdyby wtedy nie doszło do tragedii, jej dziecko miałoby 3 lata. Na samą tę myśl w oczach Olivii pojawiły się łzy. Tym razem jednak była na to przygotowana: wyciągnęła z torebki chusteczkę, którą wytarła kąciki ust, ubiegając słone krople.
- Uzdrowiciele powiedzieli, że czasem się tak zdarza, szczególnie w pierwszym trymestrze. I że wszystko jest w porządku, przynajmniej fizycznie. Nie chciałam iść do Lecznicy Dusz, myślałam że dam radę sama. I... Cóż, nie dałam - dopiero teraz spojrzała Prewettowi w oczy. Po raz kolejny patrzyła na kogoś z tej rodziny oczami pełnymi łez - i nie były to łzy udawane, lecz łzy prawdziwego, głębokiego żalu i rozpaczy. W jej niebieskich oczach czaił się tak nieprawdopodobny, ogromny ból, że gdyby Olivia spojrzała teraz w lustro na samą siebie, nie poznałaby się. Ten ból, który było widać gdy rozstawała się z Laurentem, był niczym w porównaniu do tego, który skrywała przez lata i który widać było dzisiaj, właśnie teraz. - Zaczęłam pić, więcej palić, nawet sięgnęłam po narkotyki. To wszystko trwało prawie rok. Nie uważałam, żeby się zabezpieczać, ale mimo to nie zaszłam w ciążę. Pomógł... Pomógł mi pański krewny, Laurent. Tylko proszę mu o tym nie mówić, obowiązuje pana chyba tajemnica lekarska?
Miękki materiał chusteczki wytarł nieudolnie jedną z wielu łez, które toczyły się niekontrolowanie po policzkach Olivii.
- Prawie przedawkowałam. Znalazł mnie wtedy ojciec, w ostatniej chwili. Ledwo mnie odratowali. Gdy wyszłam z Munga, Laurent pokazał mi na nowo światło, nie wiedząc jak wiele mroku otaczało mnie przez ten czas. I wolałabym, by tak pozostało. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i nie chcę, by jego spojrzenie na mnie się zmieniło przez moją przeszłość - wyjaśniła, żeby przypadkiem Basilius nie pomyślał sobie, że to Laurent ją namówił do zmiany stylu życia. Nie, prawda była taka, że Olivia przeżyła tylko i wyłącznie dzięki temu, że znalazł ją własny ojciec. W melinie, oszczanej spelunie, na materacu, prawie rozebraną, z igłą wbitą w żyłę. Rzygającą i srającą pod siebie, gdy jednocześnie z ust toczyła się piana a oczy wywalały białka na wierzch. Nikt z jej przyjaciół obok nie zareagował. Została wtedy całkiem sama. - Chodzi o to, że przez ten czas było wiele okazji, żebym zaszła w ciążę, a tak się nie stało.