22.02.2025, 22:51 ✶
Roześmiała się - był to śmiech zmęczony, ale szczery i prawdziwy.
- Mocne to mało powiedziane. Nie chcę wiedzieć, co bym zrobiła, gdyby nagle mi oznajmiła, że mam się zbierać, bo wrobiła mnie w jakieś randki w ciemno - pokręciła głową, ale nie wydawała się być zła. Głównie dlatego, że przecież matka chciała dobrze, po prostu... Te wszystkie tajemnice sprawiały, że dochodziło do nieporozumień. A teraz ładowała się w kolejną. - Od początku lipca, tak dokładniej.
Doskonale pamiętała ich pierwszą wycieczkę i pierwszy pocałunek. Pierwsze kocham cię i pierwsze, nieśmiałe badanie własnych ciał. Wciąż gdy myślała o tym domku na odludziu, do którego trafili, po jej ciele przechodził dreszcz. Odchrząknęła więc, nie chcąc wyobraźni pozwalać na zbyt wiele.
- Nigdy nie myślałam, że faktycznie trafię na kogoś takiego, wiesz? - Olivia wyciągnęła papierosa, jednego z tych bezwonnych, i włożyła go między wargi. Machnięciem różdżki najpierw uchyliła okno, a potem podpaliła końcówkę papierosa, który został magicznie pozbawiony zapachu. - Jak z tych wszystkich książek, które czytam.
Zaciągnęła się raz, na moment odwracając wzrok. Nie powrócił on do Brenny - zawiesił się na papierosie.
- Ograniczam też palenie, wiesz? - zaczęła ni z tego, ni z owego, dopiero wtedy powracając do Longbottom. - Bo mu to przeszkadza. Co prawda nie mówił, żebym to robiła, ale wspominał, że to niezdrowe. Poza tym... No, jest aurorem, nadal dużo ćwiczy, a ostatnio czytałam jakieś badania mugolskie, że to wcale nie jest takie zdrowe, jak można by przypuszczać.
Chciała, żeby tu była jasność: Tristan do niczego jej nie zmuszał, to że próbowała rzucić palenie (z różnym efektem) było wyłącznie jej decyzją. Uśmiechnęła się lekko, a potem zaciągnęła jeszcze dwa razy i wrzuciła niewypalonego papierosa do wypełnionego wodą słoika.
- Dzięki, to naprawdę dużo dla mnie znaczy - mówiła to kompletnie szczerze. Lammas wcale nie było tak udane, jak myślała że będzie, głównie przez tę cholerną rudą babę, która zrujnowała ich stoisko. Ale cóż... Przynajmniej pozbawiła jej kilku włosów. - Ten honorowy pojedynek to nie był między Louvainem?
Olivia skrzywiła się widocznie na to imię. Nie miała z nim dobrych wspomnień: głównie dlatego, że cholernik próbował do niej podbijać, gdy był jeszcze szczylem, a gdy go spławiła, zwyzywał od szlam. Oczywiście, że się mylił, ale to nawet nie o to chodziło - a o obelgę, której szczerze nie znosiła już od najmłodszych lat.
- A te kwiaty to coś robią poza tym, że są czarne? Może to jakiś pojebany sposób na to, by ogłosić nowe zaręczyny z Blackami? Słyszałam, że niedawno jakieś zostały zerwane pomiędzy tymi dwoma rodzinami - wzruszyła ramionami. W zasadzie to naprawdę by jej to nie zdziwiło - nie zdążyła poznać zbyt blisko nikogo z Lestrange'ów, ale wyobrażała ich sobie jako okropnych snobów i ludzi, którzy... Cóż, czują się lepsi od innych. Nienawidziła tego typu osób z całego serca. Może w ich rodzinie uchowały się jakieś białe owieczki, ale nie miała przyjemności żadnej z nich poznać.
- Nie chcę być czarnowidzem, Bren, ale mam wrażenie, że stoimy na skraju - powiedziała dość ponuro, przenosząc wzrok na koleżankę. Odruchowo potarła dłonią swój kark. - Myślę, że to dopiero początek. Marzec marcem, myślę że uderzą w Yule. Z tego co wiem poplecznicy tego zjeba uwielbiają brutalność, przemoc i krzywdę innych ludzi. Po drodze nie ma aż tak rodzinnych świąt, jak Yule.
Nie miała pojęcia o przepowiedni Morpheusa, dlatego logicznym wydało jej się, że coś złego stanie się w Yule. Miesiące przygotowań, a potem... Nawet wolała sobie tego nie wyobrażać. Podeszła do Brenny i nagle, ni z tego ni z owego, uściskała ją.
- Umiemy, ale wiesz dobrze że rzygam za każdym razem, jak mam się teleportować - powiedziała, wzmacniając nieznacznie uścisk. - Tristan był aurorem, zdążyłam zauważyć że niektórych odruchów nie da się wyplenić nawet tak ogromną tragedią, jaka go spotkała.
Powiedziała cicho, wypuszczając Brennę z objęć. Spojrzała na nią uważnie, jakby coś jeszcze chciała powiedzieć, ale najwyraźniej zrezygnowała z tego pomysłu.
- My sobie poradzimy. Myślę, czy nie wynająć mieszkania i z nim zamieszkać. Damy sobie radę. I wiem, że ty też dasz sobie radę, ale... Bren, mam wrażenie że nawet jeśli to Tristan jest na celowniku ze względu na swoje pochodzenie: to ty jesteś na linii frontu. Wiesz co mam na myśli, prawda? - nie puszczała jej ramion. Patrzyła na nią, pragnąc pochwycić jej wzrok by upewnić się, że ta doskonale wie co Olivia ma na myśli. Jako brygadzistka będzie musiała reagować: tak jak wtedy, gdy ta dwójka idiotów zaatakowała ją w zaułku. - Jesteś jedną z moich najlepszych koleżanek, Bren. Nie chciałabym, żeby coś ci się stało.
- Mocne to mało powiedziane. Nie chcę wiedzieć, co bym zrobiła, gdyby nagle mi oznajmiła, że mam się zbierać, bo wrobiła mnie w jakieś randki w ciemno - pokręciła głową, ale nie wydawała się być zła. Głównie dlatego, że przecież matka chciała dobrze, po prostu... Te wszystkie tajemnice sprawiały, że dochodziło do nieporozumień. A teraz ładowała się w kolejną. - Od początku lipca, tak dokładniej.
Doskonale pamiętała ich pierwszą wycieczkę i pierwszy pocałunek. Pierwsze kocham cię i pierwsze, nieśmiałe badanie własnych ciał. Wciąż gdy myślała o tym domku na odludziu, do którego trafili, po jej ciele przechodził dreszcz. Odchrząknęła więc, nie chcąc wyobraźni pozwalać na zbyt wiele.
- Nigdy nie myślałam, że faktycznie trafię na kogoś takiego, wiesz? - Olivia wyciągnęła papierosa, jednego z tych bezwonnych, i włożyła go między wargi. Machnięciem różdżki najpierw uchyliła okno, a potem podpaliła końcówkę papierosa, który został magicznie pozbawiony zapachu. - Jak z tych wszystkich książek, które czytam.
Zaciągnęła się raz, na moment odwracając wzrok. Nie powrócił on do Brenny - zawiesił się na papierosie.
- Ograniczam też palenie, wiesz? - zaczęła ni z tego, ni z owego, dopiero wtedy powracając do Longbottom. - Bo mu to przeszkadza. Co prawda nie mówił, żebym to robiła, ale wspominał, że to niezdrowe. Poza tym... No, jest aurorem, nadal dużo ćwiczy, a ostatnio czytałam jakieś badania mugolskie, że to wcale nie jest takie zdrowe, jak można by przypuszczać.
Chciała, żeby tu była jasność: Tristan do niczego jej nie zmuszał, to że próbowała rzucić palenie (z różnym efektem) było wyłącznie jej decyzją. Uśmiechnęła się lekko, a potem zaciągnęła jeszcze dwa razy i wrzuciła niewypalonego papierosa do wypełnionego wodą słoika.
- Dzięki, to naprawdę dużo dla mnie znaczy - mówiła to kompletnie szczerze. Lammas wcale nie było tak udane, jak myślała że będzie, głównie przez tę cholerną rudą babę, która zrujnowała ich stoisko. Ale cóż... Przynajmniej pozbawiła jej kilku włosów. - Ten honorowy pojedynek to nie był między Louvainem?
Olivia skrzywiła się widocznie na to imię. Nie miała z nim dobrych wspomnień: głównie dlatego, że cholernik próbował do niej podbijać, gdy był jeszcze szczylem, a gdy go spławiła, zwyzywał od szlam. Oczywiście, że się mylił, ale to nawet nie o to chodziło - a o obelgę, której szczerze nie znosiła już od najmłodszych lat.
- A te kwiaty to coś robią poza tym, że są czarne? Może to jakiś pojebany sposób na to, by ogłosić nowe zaręczyny z Blackami? Słyszałam, że niedawno jakieś zostały zerwane pomiędzy tymi dwoma rodzinami - wzruszyła ramionami. W zasadzie to naprawdę by jej to nie zdziwiło - nie zdążyła poznać zbyt blisko nikogo z Lestrange'ów, ale wyobrażała ich sobie jako okropnych snobów i ludzi, którzy... Cóż, czują się lepsi od innych. Nienawidziła tego typu osób z całego serca. Może w ich rodzinie uchowały się jakieś białe owieczki, ale nie miała przyjemności żadnej z nich poznać.
- Nie chcę być czarnowidzem, Bren, ale mam wrażenie, że stoimy na skraju - powiedziała dość ponuro, przenosząc wzrok na koleżankę. Odruchowo potarła dłonią swój kark. - Myślę, że to dopiero początek. Marzec marcem, myślę że uderzą w Yule. Z tego co wiem poplecznicy tego zjeba uwielbiają brutalność, przemoc i krzywdę innych ludzi. Po drodze nie ma aż tak rodzinnych świąt, jak Yule.
Nie miała pojęcia o przepowiedni Morpheusa, dlatego logicznym wydało jej się, że coś złego stanie się w Yule. Miesiące przygotowań, a potem... Nawet wolała sobie tego nie wyobrażać. Podeszła do Brenny i nagle, ni z tego ni z owego, uściskała ją.
- Umiemy, ale wiesz dobrze że rzygam za każdym razem, jak mam się teleportować - powiedziała, wzmacniając nieznacznie uścisk. - Tristan był aurorem, zdążyłam zauważyć że niektórych odruchów nie da się wyplenić nawet tak ogromną tragedią, jaka go spotkała.
Powiedziała cicho, wypuszczając Brennę z objęć. Spojrzała na nią uważnie, jakby coś jeszcze chciała powiedzieć, ale najwyraźniej zrezygnowała z tego pomysłu.
- My sobie poradzimy. Myślę, czy nie wynająć mieszkania i z nim zamieszkać. Damy sobie radę. I wiem, że ty też dasz sobie radę, ale... Bren, mam wrażenie że nawet jeśli to Tristan jest na celowniku ze względu na swoje pochodzenie: to ty jesteś na linii frontu. Wiesz co mam na myśli, prawda? - nie puszczała jej ramion. Patrzyła na nią, pragnąc pochwycić jej wzrok by upewnić się, że ta doskonale wie co Olivia ma na myśli. Jako brygadzistka będzie musiała reagować: tak jak wtedy, gdy ta dwójka idiotów zaatakowała ją w zaułku. - Jesteś jedną z moich najlepszych koleżanek, Bren. Nie chciałabym, żeby coś ci się stało.