Żałoba… Trudno w jej przypadku mówić o żałobie. Nigdy nie była specjalnie przywiązana do Theodore`a. W pewnym momencie wspólnego życia postanowili żyć osobno. Tak było lepiej. Bezpieczniej dla nich obojga. Każde zdecydowało się podążyć swoją drogą. Przez to wszystko nigdy nie doczekali się potomka. Skłóceni niemal od zawsze, byli idealnym przykładem tego, że małżeństwo aranżowane całkowicie za plecami zainteresowanych osób po prostu nie miało prawa się utrzymać. Rozwód…? Niewiele im brakowało. Tylko że Theodore zaginął. A przecież nie była na tyle spaczona, by nawet z cieniem żalu wyszeptać avada kedavra.
Cóż, tak naprawdę to Leopold i Geraldine zadecydowali o wyborze małżonka. Czy raczej przygotowali listę opcji, które miała do wyboru. Nie była długa. Zaledwie trzy pozycje. Jednego mężczyznę wykluczyła od razu. Nie potrzebowała kogoś bez ambicji, celu, odpowiednio silnego charakteru. Mieliby na siebie zbyt negatywny wpływ. Druga pozycja była nieco kontrowersyjna. Wahała się. Wahała się pomiędzy nim, a Robertem. Musiała obojgu sprawdzić. I ostatecznie wybór padł na Mulcibera. Wiedziała z plotek korytarzowych jaki ma prawdziwy charakter i kim jest. Był dla niej niebezpieczny. Władca umysłu, którego siły nie znała i mogłaby nawet nie wiedzieć, że siedzi w jej głowie. Nie mogłaby wszak żyć z myślą, że musiałaby się nieustannie oglądać za siebie. Dylemat był duży. Ogromny. A jednak postanowiła związać się właśnie z nim. Wiedząc, że dla Roberta kobieta jest tylko dodatkiem, w dodatku mało istniejącym, upatrzyła w tym szansę. Bo, oprócz nazwiska, mógł jej dać swego rodzaju wolność. Wolność, która pozwoliłaby Lenore realizować się w tym w czym chciała: swojej pracy i realizacji aspiracji zawodowych. Było za wcześnie na osądy, ale póki co — nie myliła się.
Henrietta niewiele spała tej nocy. Bezsenność bywała męcząca mniej lub bardziej, czasem aż nazbyt negatywnie wpływając na jej zdrowie, ale nie na wszystkie aspekty swego życia miała wpływ. Nie wszystko mogła kontrolować. To była jedna z tych rzeczy. Tego ranka nie miała też ochoty na śniadanie. Zresztą, zwykle jadała dopiero po południu, co niektórych dziwiło. Ona była już jednak przyzwyczajona do tego stanu rzeczy.
Nie patrzyła na niego gdy mówił. Nawet nie drgnęła. Wydawała się być całkowicie odcięta od tejże rozmowy, jakby miała głęboko w poważaniu to, co mówi. Nie przerwała w żadnym momencie. Nie przeszkadzał jej ten obojętny ton głosu; tak wyprany z jakiegokolwiek uczucia do niej. Nie odpowiedziała nawet na sugestię dotyczącą śniadania. Zauważywszy, że nie ma już nic więcej do powiedzenia, oparła dłonie o podłokietniki fotela i wstała lekko zawieszając złączone palce na wysokości brzucha. — Doskonale. — Rzekła. Dopiero teraz obrzuciła go chłodnym, tak obojętnym spojrzeniem, jak ton jego głosu. Spodziewała się jakichś konkretniejszych instrukcji, jakichś wyraźnych zakazów i nakazów, ale nic takiego nie miało miejsca. Doskonale. Opuściła dłonie i obróciła się na pięcie, by wyjść. Postąpiła kilka kroków do przodu, energicznie, szybko, jakby pod jej nogami się paliło.
Gdy nagle przystanęła. Ledwie dwa kroki od framugi. Obróciła się lekko, tym razem bezpośrednio patrząc na swego małżonka. — Musimy mieć przynajmniej jednego dziedzica. Przekażę ci kalendarz z odpowiednimi ku temu dni.