Wory pod oczami, ślady na nadgarstkach, atrament na rękach... Nie zmieniło się nic, a przecież widzieli się od święta niczym jacyś rozwodnicy. Stanley jednak tego nie komentował, wiedząc, że wcale nie był lepszy od niej pod tym względem. Może i wyzbył się nadprogramowej papierologii ale też miewał problemy ze snem. Też potrafił wpadać w maniakalny pracoholizm, starając się, aby wszystko było na tip-top. To jednak było dużo bardziej zauważalne podczas jego kariery w Ministerstwie, która uległa zakończeniu przed kilkoma tygodniami.
Kiedy Cynthia się ocknęła, trochę żałował, że ją wybudził z tego stanu. Ona potrzebowała tego odpoczynku bardziej, niż on jakiejś otuchy czy dobrego słowa. Po prostu to się jej należało jak przysłowiowa miska karmy dla psa. Oczywiście bez urazy w kierunku żadnej ze stron.
- Wiem - dodał pod nosem jako odpowiedź na jej stwierdzenie. W końcu był byłym brygadzistą i wypytywanie ludzie miał we krwi. Nawet jeżeli pytania mogły być bardzo trudne to nie było przebacz. Trzeba było je zadać i oczekiwać odpowiedzi. Z drugiej zaś strony nie było to żadne przesłuchanie, więc nie miała się z czego tłumaczyć, a jedynie mogła dobrowolnie podjąć tę rękawicę.
Jeżeli Borgin dobrze pamiętał to od śmierci jej matki minęły z jakieś dwie dekady - hektar czasu. Tylko czy człowiek, który został ograbiony z jednej z najważniejszych osób w swoim życiu, może kiedyś wybaczyć wszechświatowi taką stratę? Zwłaszcza dziecko, które niczym nie zawiniło, a musiało stawić czoła nie przyjemnościom losu.
Kiedy tak mówiła, tłumaczyła to wszystko, brzmiała na pogodzą z takim obrotem spraw, bo i co innego miała poradzić w zaistniałej sytuacji? Było w tym jednak coś takiego, że odbiorca był skłonny uronić łzę nad tym wszystkim. W gruncie rzeczy to Cynthia była sama sobie winna. Gdyby nie była tak przenikliwa. Gdyby nie łączyła tak kropek to może dłużej by jej zajęło zrozumienie, że ona odeszła. Tylko czy można było ją winić za to, że była inna? Że rozumiała więcej, niż jej rówieśnicy? Raczej nie. Jedyne co można było jej przyznać, że uporała się z tym lub sprawiała takie wrażenie, wszak jej rówieśniczki mogły się załamać całkowicie, a ona stała z zaciśniętymi pięściami i rozkwitała z dnia na dzień, chociaż mogła tego nie wiedzieć.
- No... - ciężko westchnął, miętoląc mały kamyczek w dłoniach - Właśnie nie wiem... Co mam czuć... Myślałem, że może mi pomożesz... - stwierdził, odchylając się odrobinę do przodu w kierunku tafli wody. Mówił bardzo powoli, dobierając słowa, które miały stworzyć spójną całość. Mogło to wyglądać jakby dopiero poznawał zasady mowy czy bez zrozumienia czytał wypisane formułki z kartki.
- Bo... ja... Eh... - przejechał wolną dłonią po swojej twarzy, pozwalając, aby po chwili opadła ponownie na pomost - Robert nie żyje - dokończył. Innymi słowy - został sierotą. Anne nie żyła od dobrych dwóch lat, Robert od jakichś dwóch tygodni. Z najbliższej, oficjalnej rodziny, nie miał już nikogo innego.
- I nie wiem co powinienem czuć - dodał po kilku sekundach, chcąc nakreślić Cynthii całą tą sytuację - Z początku było mi trochę szkoda i żal, bo gdzieś tam się ten kontakt pojawił... - kamyk wypadł mu z dłoni i poturlał się po deskach w kierunku lądu, a Stanley tylko spojrzał w jego kierunku, odchylając odrobinę głowę - Ale... To nie ja tutaj straciłem najwięcej? - zapytał, jakby nie do końca wiedząc jak powinien to wytłumaczyć. Nie był przecież pierwszą rodziną Mulcibera, ponieważ ten miał córkę z prawowitego małżeństwa. Miał żonę, brata i jego dzieci. To dla nich była większa strata, niż dla niego. Stanley z Robertem dopiero raczkowali w tej przedziwnej relacji typu syn-ojciec. Mieli dużo wyboi i przeszkód ale jakoś szło, chociaż i to musiało zostać zakończone jednego, feralnego dnia.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972