- Kiedy się postaram potrafię być bardzo kreatywna, ale z tego na pewno sobie dajesz sprawę. - To nie powinno być dla Ambroisa żadną nowością, znali się w końcu od lat, na pewno wiedział na co stać pannę Figg, zresztą udało jej się mu wcisnąć kota, nieźle musiała się przy tym nagimnastykować, mimo, że zarzekał się, że nie ma na to żadnych szans, jak widać potrzebowała tylko czasu i udało jej się osiągnąć swój cel. Jeszcze trochę, a większość kotów z Azylu znajdzie swój nowy dom, tak - Norka miała w tym swoją małą misję.
- Ludzie Twojego pokroju powinni tylko leżeć i pachnieć, czyż nie? - W końcu należał do elity, czystokrwistych, którzy byli jakby nie patrzeć najbardziej cenioną częścią magicznego społeczeństwa. Norka traktowała to z przymrużeniem oka, bo miała sporo znajomych o takim pochodzeniu i tak naprawdę nie wyróżniali się prawie niczym na tle tych wszystkich innych, zwyczajnych czarodziejów. Na nich również mogła liczyć mimo swojego nieco gorszego pochodzenia, nigdy nie traktowali jej gorzej.
- Wspomniała bym Ci o tym przecież. - No już bez przesady. Znali się na tyle, że Greengrass mógł wiedzieć, że Norka raczej stroniła od towarzystwa mężczyzn, przynajmniej w ten sposób. Nigdy nie dopuszczała do siebie nikogo na tyle blisko, aby mógł wejść do jej życia. Bała się takich relacji, nie wydawało jej się, że w ogóle powinna myśleć o tym, aby się z kimś wiązać. Tak właściwie to już dawno pogodziła się z tym, że raczej zawsze będzie tylko ona i Mabel, nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie, przywykła do takiego życia. Jak widać wszystko mogło się zmienić, co zabawne, całkiem szybko, zupełnie niespodziewanie. Nie zakładałby w ogóle, że sprawy mogą potoczyć się w ten sposób, sama nadal nie do końca wierzyła to, jak wiele zmieniło się przez ostatni miesiąc. To było dziwne, bo nie podejmowała raczej takich spontanicznych decyzji, jak widać i ona czasami zachowywała się nie do końca odpowiedzialnie. Cóż, jednak potrafiła zaskakiwać i miała w sobie nieco beztroski, chociaż czy powinna się ona objawiać właśnie w takich sprawach? Pewnie nie, wierzyła jednak, że się nie zawiedzie, że wszystko faktycznie się ułoży, czas najwyższy, aby właśnie tak się stało.
Figgówna nie zdawała sobie sprawy z tego, jaki poważny proces myślowy odbywał się właśnie w głowie przyjaciela. Nie miała pojęcia, że coś takiego, jak pierścionek na jej palcu spowodowało, że odpłynął bardzo daleko. Pierścionek, jak pierścionek, miał swoje znaczenie, powodował, że miała przestać być panną, zmienić swój stan cywilny, nic więcej. Nigdy nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie ją utrzymywał. Właściwie przez lata starała się zrobić wszystko, aby być w pełni samodzielną, nie za bardzo miała inne wyjście. Sporo pracy kosztowało ją otworzenie własnej cukierni, przy okazji samodzielne wychowywanie córki, ale jakoś udało jej się spełnić swoje marzenia. Nie zmieniło to też jej jako człowieka, była zawzięta, ale przy tym nadal bardzo optymistyczna, widziała świat w różowych kolorach. Mimo tego co przeżyła, mimo nie do końca takiego życia, jakie dla siebie wyobrażała, gdy była młodą dziewczyną. Jakoś radziła sobie z tym, co przygotował dla niej los, nigdy specjalnie nie narzekała na to, jak wyglądało jej życie. Raczej po prostu chciała wyciągnąć z niego jak najwięcej, takie już miała nastawienie, to zresztą pewnie nigdy się nie zmieni. Była wesołym promyczkiem, który był gotowy wspierać wszystkich swoich bliskich, nie oczekując za to żadnej pomocy. Sama przecież wyśmienicie sobie radziła. Jasne, jak każdy miewała momenty zwątpienia, przychodziły zazwyczaj w samym środku nocy, kiedy nikogo już przy niej nie było, popłakała sobie przez chwilę, a rano budziła się silniejsza. Nie znosiła pokazywać swoich słabości, to nie było w jej stylu.
Kiedy Ambroise zadał jej kolejne pytanie zawiesiła na nim na moment wzrok. Musiała mu chyba wyjaśnić wszystko, bo nie do końca miał świadomość tego, skąd wzięły się te zmiany. Nie ma się co dziwić, nigdy nie była zbyt wylewna, jeśli chodzi o takie szczegóły ze swojego życia. Potrafiła wszystko trzymać w tajemnicy. - Czy naprawdę myślisz, że jestem osobą, która wstydziłaby się kogokolwiek? - To było naprawdę głupie pytanie. Figgówna jednak należała do tych osób, które raczej nie miały problemu z tym, aby przyznawać się do swoich znajomych, jacykolwiek by nie byli. Czy naprawdę Ambroise sądził, że mogłaby się wstydzić kogokolwiek? Zresztą prędzej to jej można się było wstydzić, była przecież samotną matką z bękartem w pakiecie. To nie wyglądało najlepiej i miała tego świadomość, wiedziała, gdzie jest jej miejsce.
- Nie Roise, to nie jest ktoś z jednego z tych domów, wiem, gdzie jest moje miejsce w tym świecie. - Naprawdę bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, nie dopuściłaby do takiego mezaliansu.
- To ojciec Mabel. - Mruknęła cicho, bo chyba te słowa musiały paść. Nie, żeby to miało coś zmienić, bo Greengrass przecież póki co i tak nie wiedział kto jest ojcem Mabel, ale do tego mogli przejść za chwilę.