Sama Yaxleyówna miewała momenty zawahania, w których zastanawiała się, czy nie powinna była faktycznie zająć się poważniej swoją psychiką. Te myśli odsuwała się od siebie bardzo szybko, ale bywały momenty, w których zauważała, że nie dzieje się z nią najlepiej. Wtedy szła pobiegać, wyładować swoje negatywne emocje, bardzo szybko więc się tego pozbywała. Miała świadomość, że niektórzy mogli brać ją za wariatkę, nawet zdawała sobie sprawę z czego to wynikało. Była dość nerwowa, nieokrzesana i dążyła do swoich celów po trupach. Tego nie mogła negować. Ludzie różnie na to reagowali, bo wiadomo, że nie każdemu mogło się to podobać, ona uważała to jednak jako dobrą cechę - w końcu mało kto był tak zdeterminowany jak ona. Do tego zajmowała się dość kontrowersyjną profesją, która również dokładała jej nie najlepszą opinię. Nie miała z tym problemu, od najmłodszych lat zdawała sobie sprawę z tego, że jej rodzina nieco wyróżnia się na tle innych czystokrwistych, uważała to jednak również za pewnego rodzaju zaletę. Przywykła do nieprzychylnych spojrzeń ludzi, którzy nie byli przyzwyczajeni do tego, aby korzystać z podobnych metod, nie miała innego wyjścia, zresztą wcale nie było jej lekko się do tego przyzwyczaić, szczególnie kiedy była dzieciakiem. Z czasem jednak zaczęła uważać to za swoją przewagę, nie uważała, żeby brakowało jej czegokolwiek, aby dorównać innym, a nawet być nieco ponad nimi. Może mało kto rozumiał jej pobudki, ale czy to było istotne, liczyło się tylko i wyłącznie to, że ci, na których jej zależało mieli świadomość, jakim jest człowiekiem.
Chyba nie do końca takiej odpowiedzi się spodziewała, nie wpadła na to, że tutaj może być pies pogrzebany. Właściwie nie pomyślała o tym, jak bardzo kosztowne mogło być otworzenie takiej własnej działalności. W sumie nigdy nie zastanawiała się nad takimi sprawami, kiedy czegoś chciała sięgała do swojego skarbca i znajdowała galeony, które się w nim dosłownie mnożyły. Yaxleyówna nie wydawała pieniędzy na pierdoły, właściwie zupełnie nie była rozrzutna, jednak gdy na czymś jej naprawdę zależało sięgała po swój majątek. Może nie było tego po niej widać, ale była obrzydliwie bogata, rodzinne gaelony w połączeniu z tym, co sama zarobiła tworzyły naprawdę ogromny kapitał, który właściwie leżał sobie w jej skrytce bankowej. Nie miała na co wydawać takiej okropnej ilości pieniędzy, właściwie to pewnie mogłaby do końca życia nie przyjmować już żadnych zleceń, a nadal byłaby bogata. Pewnie mało kto spoglądając na nią zdawałaby sobie z tego sprawę, bo akurat w jej przypadku na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Jasne, sięgała po ubrania tworzone z materiałów najwyższej jakości, jednak nigdy nie była szczególnie schludna, nie miała wielu nieruchomości - tak naprawdę wystarczało jej to piętro w kamienicy przy Alei Horyzontalnej, właściwie dla niej jednej to i tak było zbyt wiele. Nie miała na co wydawać tych pieniędzy, w co ich inwestować. Może przyszedł czas, aby się nad tym zastanowić.
Zdawała sobie sprawę z tego, że Roise w życiu nie przyjąłby od niej złamanego knuta, ale zawsze mogła to ograć nieco inaczej, istnieli przecież mecenasi sztuki, czy ona mogłaby zostać takim mecenasem tyle, że medycznej placówki? Być może, kiedyś. Teraz jednak nie sądziła, aby był to odpowiedni moment na takie propozycje. Nie mieli się przecież spoufalać, gdyby wyszła z taką inicjatywą pewnie by się zirytował, nie chciała tego, nie póki wydawało jej się, że ich aktualna relacja była całkiem dobra. - Tak, znam Cię, do wszystkiego musisz dojść samodzielnie. - To było dla niej jasne, jak słońce. Kiedyś pewnie nie miałaby mniejszego problemu z tym, aby wyjść ze swoją inicjatywą, jednak sporo się zmieniło, nie była już jego człowiekiem, nie w ten właściwy sposób. Niby przebywali ze sobą, niby nadal darzyli się tym samym uczuciem, jednak nie do końca byli ze sobą blisko, aż tak jak kiedyś. Przynajmniej jak na razie, chociaż może to nie miało się już zmienić, przecież mieli się trzymać od siebie z daleka, aktualnie nie do końca im się to udawało, ale kiedyś skończą się te ich wszystkie wspólne sprawy, które mieli do załatwienia. Nie mogła zakładać, że wtedy odsuną się od siebie na dobre, przecież Ambroise tego właśnie chciał, może nie chciał, ale twierdził, że tak właśnie powinna wyglądać ich relacja, a raczej, że wcale nie powinno jej być.
To wszystko było mocno poplątane, sami sobie to robili, mieszali w swoich głowach, prędzej, czy później jednak będą musieli z tym skończyć, nawet jeśli niczego nie musieli. W tym wypadku wydawało jej się, że raczej będą się trzymać tej wersji, on tego chciał, a jak się na coś uparł, to nie było zmiłuj. Niby mogła się z nim mierzyć w swojej determinacji, ale mogło ich to kosztować zbyt wiele kłótni i wylanych żali, jeszcze bardziej by się ze sobą spierali, a zdecydowanie nie znosiła sytuacji, w których nie potrafili się dogadać, bo niszczyli wtedy siebie nawzajem i wszystko wokół.
- Obawiam się, że zjedzenie mnie mogłoby być najmniej drastyczną rzeczą, jaką mógłby ze mną zrobić uzdrowiciel. - Dosyć zabawne było to, że w otoczeniu Yaxleyówny było dosyć sporo medyków, a i tak miała spory uraz do szpitali. Nigdy się jakoś specjalnie nad tym nie zastanawiała, po prostu nie lubiła takich miejsc. Zresztą, rzadko kiedy faktycznie musiała korzystać z takich środków. Miała to szczęście, że jej rodzina od lat nie musiała tutaj bywać. Stać ich było na to, żeby uzdrowiciele pojawiali się w ich własnej posiadłości, zresztą Ambroise przez długi czas był również ich prywatnym lekarzem. Tak było wygodniej, dochodzenie do siebie we własnym łóżku było dużo bardziej wygodne niżeli plątanie się po szpitalu. Przynajmniej nikt nie widział ich wtedy, kiedy faktycznie dostawali po dupie.
Podążała za Roisem bez słowa, w końcu to on był u siebie, wiedział dokąd ja prowadzi, ufała mu, nie sądziła, aby chciał teraz wyprowadzić ją w maliny. Mieli iść tylko dokarmić swój papierosowy głód, nic więcej.
Znaleźli się na dachu, odruchowo sięgnęła do kieszeni, aby znaleźć swoje fajki, jednak zostawiła je w płaszczu, który aktualnie znajdował się w gabinecie Greengrassa, cóż, nie wpadła na to wcześniej, także sięgnęła w stronę jego papierośnicy, aby poczęstować się papierosem. Nie były to może jej ulubione szlugi, ale darowanej fajce nie zagląda się w zęby, czy coś.
Miejsce, w którym się znaleźli było naprawdę urokliwe. Mogli obserwować stąd Londyn w całej okazałości. Noc nie należała do najprzyjemniejszych, było wilgotno i chłodno, jednak nie przeszkadzało to w napawaniu się tym widokiem.
Miasto wydawało się być całkiem spokojne, ludzie zupełnie nie byli świadomi tego wszystkiego, co działo się wokół nich. Może to i lepiej, zresztą mugole rzadko kiedy mieli pojęcie o dramatach czarodziejskiego świata. Tak było lepiej, zbędne informacje niosłyby ze sobą niepotrzebną panikę. Nie miała pojęcia, jak to właściwie było możliwe, że tak dwa różne światy trwały obok siebie przez tyle lat, że to działało. Cóż, czarodzieje starali się, aby ci drudzy o nich nie wiedzieli, mieli nad nimi przewagę ze względu na swoje umiejętności.
Geraldine chętnie usiadłaby teraz na ziemi, jednak tego nie zrobiła z racji na deszcz, który jeszcze chwilę temu nie przestawał przypominać o zbliżającej się jesieni. Nie odzywała się ani słowem, nie chcąc niszczyć tej krótkiej chwili. Nie miała pojęcia, co przyniesie im przyszłość, wiele się ostatnio działo, ale ten widok ją uspokajał. Z tej perspektywy nie było widać żadnego zagrożenia, życie toczyło się zupełnie normalnie, jakby nikt nie miał świadomości, jak szybko może się to zmienić.
Nie miała tendencji do zastanawiania się nad sensem swojego życia, myśleniem o przyszłości, teraz już nie. Może to i lepiej, bo skupiała się na tej krótkiej chwili, która trwała. Byli tutaj razem, chociaż wiedziała, że to niczego nie zmieniało. Nie czuła, aby pojawiła się jakaś nadzieja na to, aby szybko mogło się to zmienić, chłodny wiatr przypominał o tym, że zbliżali się do kolejnego okresu w roku, nie mogła zakładać, co on jej przyniesie. Niby pozbyła się części swoich problemów, ale ostatnio rzeczywistość chciała jej udowodnić, że z każdym dniem szykowała dla niej coś nowego, kolejne zmartwienia, jakby była w stanie udźwignąć jeszcze więcej.
Mogłaby tak trwać tutaj, spoglądać na wszystko z boku, udawać, że jej to nie dotyczy, to była całkiem przyjemna perspektywa, chociaż czy właściwa? Nie do końca, zadecydowała przecież o tym, że nie będzie przechodzić wokół tego obojętnie. Trochę zazdrościła tym niczego nieświadomym mugolom, którzy żyli w swojej bańce, dużo prościej byłoby mieć taką możliwość.
Nie myślała o powodzie przez który pojawiła się w Mungu, próbowała o tym zapomnieć, odsunąć to od siebie. Zdecydowanie łatwiej jej się patrzyło na świat z perspektywy w której była całkiem normalnym, nie zniszczonym przez przeszłość człowiekiem. Nie miała przecież pojęcia, czy jej lęki kiedyś znikną, odejdą, czy już zawsze będzie w pewien sposób popsuta.