Skinął głową twierdząco, kiedy uznała, że ta... wskazówka? Czy w ogóle to można tak nazwać? Że jego instrukcja była jakkolwiek pomocna. Nie zmniejszyło to wcale jego niepewności, bo przecież powstało pytanie - czyżby? Czy może tak mówiła, żeby go uspokoić jakkolwiek? Była specjalistką, a w takim wypadku - specjalistom należało ufać. Nie zamieniać się control freaka, który zawsze musi dodziergać życie na modłę ulubionej serwetki. Chciałby. Chciałby, żeby to było prostsze, żeby wiedział, czego szuka i żeby mógł pomóc Brennie lepiej niż tylko stojąc, patrząc, nic nie robiąc. Sam jednak wiedział, że takie rytuały wymagają skupienia, że nic tu po kimkolwiek, skoro nie zna się na robocie. Zresztą - Trzecie Oko było czymś tak niesamowitym, że pewnie nikt nie mógł pomóc - nawet drugi posiadacz takiej samej genetyki.
- Mam świece do rytuałów, jeśli ci potrzeba. - Nie przewidział, że to będzie potrzebne, bo nie wiedział, jak to w ogóle się odbywa. Słyszał o widmowidzach, słyszał o możliwości spoglądania w przeszłość, widzeniu obrazów, słyszeniu głosów. Chyba wyobrażał sobie to bardziej tak, jak działała myśloodsiewnia. On zobaczy wielkie nic, podczas gdy ona będzie się kręcić po obrazkach różnego rodzaju i próbować wyłapać dźwięki otoczenia. Wyobrażenia od rzeczywistości często dzieliła wielka przepaść. - Koperta jest moja. Schowałem w niej te kartki. - Uprzedził, widząc, że na nią spogląda. - Zakryte na dole... to dopisek zostawiony przez mojego partnera. Zignoruj go, proszę. - Był co najmniej wstydliwy, nawet nie wpadł na to, że Flynn postanowi popisać kartkę, którą zostawi mu na stole z informacją. Było w ruchu Laurenta coś sugerującego, że gotów był zabrać tę kartkę, jakby się tego wstydził, ale to był tylko drobny ruch. Jego ręka nie sięgnęła w stronę Brenny. Drobne drgnięcie zakończyło się, nim dobrze się zaczęło.
To była ciężka chwila ciszy. Wiedział aż za dobrze, co zobaczy, kiedy otworzy kopertę, wyjmie kartki. Groźba. Ciężka - szczególnie ważąc niedawne popioły rozsypujące się po New Forest ze spalonej stajni, o której pisano w Proroku. Nie udało się to miesiąc temu - udało się teraz. Tylko że miesiąc temu naprawdę próbowali się tutaj wtrącić Śmierciożercy. Nastała cisza. Ich skrzyżowane spojrzenia brzęczały w całkowitej ciszy, którą przerywał tylko stukot psich pazurów o podłogę. Na twarzy Laurenta widać było zmęczenie, zmartwienie i na końcu - zrozumienie. Wiem, o czym myślisz. Wiem, co trzymasz w ręku, wiem, co przeczytałaś. Do pewnego stopnia było to oderwane, bo przecież - powinien panikować. Śmierciożercy nie powiedzieli ostatniego słowa, a teraz osoba trzecia dołączyła do tego tańca.
- Dobrze. - Cisza została przerwana przez Brennę, ale głos Laurenta w pierwszym słowie nadal był lekko napięty. - Potrzebujesz specjalnego miejsca? - Podniósł się z krzesła, kiedy ona zaczęła przygotowywać sobie przestrzeń. - Wyprowadzę Dumę. - Poinformował ją i ruszył do jarczuka, żeby zabrać go na dwór i do jego zagrody. - Migotku. Masz wolne. Odpocznij. - Skrzat usłużnie skłonił się i zniknął. A sam Laurent usiadł na krześle, przesuwając sobie je tak, żeby nie przeszkadzać, ale jednocześnie żeby mieć wgląd na Brennę. I przede wszystkim - żeby nie przeszkadzać.