Geraldine potrafiła się zafiksować, to też nie było niczym nowym. Jak sobie coś ujebała, to ciężko było jej wyperswadować to z jej głowy. To był jeden z takich momentów. Czuła się winna tej całej sytuacji, może nie powinna, bo to nie była wina jej, a demona, tyle, że sama mu się podłożyła, więc mimo wszystko nadal jednak bardziej skłaniała się ku temu, że sama się o to prosiła, a teraz nie do końca radziła sobie ze skutkami, które po tym wydarzeniu pojawiły się w jej życiu.
Przymknęła na chwilę oczy, aby ułożyć sobie w głowie słowa. Nie chciała powiedzieć czegoś, co nie będzie miało sensu, nie chciała niepotrzebnie go zirytować, wyjątkowo więc dla siebie starała się nie rzucać słów nad którymi nie panowała, jakby faktycznie miała jakąkolwiek samoświadomość.
- Wygląda to tak, jakbym zaczęła Cię osaczać, a nie chcę tego. - Jasne, przyszła do niego dlatego, że sprawa, jej lęk dotyczył właśnie jego osoby, nikogo innego, miało to na pewno związek z tym, że był dla niej najważniejszą osobą, chociaż jeszcze kilka dni temu starała się robi wszystko, aby sądził, że jest zupełnie inaczej. Tamta postawa nie była prawdziwa, była kłamstwem, które bardzo szybko przestało istnieć. Wizyta w jaskini odkryła to, co faktycznie w niej siedziało, pokazała, że jej uczucia się nie zmieniły. Inaczej przecież nie czułaby tego strachu.
Nie spodziewała się tego, jak wybrzmią jego kolejne słowa. Zupełnie. Mówił jej przecież coś innego. Może opatrznie go zrozumiała? Było takie prawdopodobieństwo, próbowała sobie jakoś to przełożyć na to, jak powinna się zachowywać, co powinna robić, jak widać to nie wystarczało, nadal nie do końca się we wszystkim odnajdywała.
- Wydawało mi się, że potrzebujesz czegoś innego. - Tak sobie założyła. Może nieodpowiednio wszystko upraszczała, ale nie umiała inaczej się odnaleźć w tej sytuacji. Mówił, że chciałby, tego samego co ona, ale nie mógł po to sięgać, sam sobie założył te granice, miał ku temu swoje powody, sądziła, że potrzebował tego, aby dała mu przestrzeń, że potrzebował, aby się od niego odsunęła, starała się więc iść za tym tokiem myślenia, pozwolić mu odetchnąć. Znowu zaczęła błądzić, gubić się w tym wszystkim.
Miała wrażenie, że niedługo znowu zaczną się mijać, zbyt długo udawało im się dzisiaj unikać sprzeczek, które ostatnio niezmiennie się miedzy nimi pojawiały, kiedyś tego nie było, no, na pewno nie w takiej ilości. Tutaj zdecydowanie nie mogli znaleźć porozumienia, co wychodziło przy praktycznie każdej wymianie zdań między nimi.
Nie zamierzała celowo znowu go irytować, jakoś tak wyszło, że po raz kolejny chciała dobrze, tyle, że nie do końca chyba w odpowiedni sposób ku temu zmierzała. Roise nie lubił, gdy sugerowano mu co powinien robić, w sumie dlatego stwierdziła, że to ona się od niego odsunie, nie musiałby wtedy się nią przejmować, wiedziała bowiem, że gdyby pojawiła się ponownie w jego drzwiach, to nie potrafiłby zignorować jej obecności, dużo prostszym rozwiązaniem, więc przynajmniej w jej oczach było nie pojawianie się, ignorowanie problemu, radzenie sobie z nim w samotności. Nie znosiła być czyjąś kulą u nogi, a tej sytuacji przecież wszystko wskazywało na to, że właśnie tym była.
Yaxleyówna wpatrywała się w niebo, uniosła głowę do góry i je obserwowała. Ten widok wydawał jej się naprawdę interesujący, chociaż po prostu nie chciała teraz widzieć, jak znowu się na nią irytuje, nie chciała go zawodzić, wyprowadzać z równowagi, a ciągle to robiła, zupełnie przypadkowo, jakby przestała umieć z nim rozmawiać. Może faktycznie się zmieniła? Może chodziło jednak o tą niepewność, pogmatwaną sytuację między nimi, to było na pewno czymś nowym, co nieco utrudniało jej odnalezienie się w sytuacji.
Inaczej by było, gdyby faktycznie wrócili do tego, co mieli, wtedy w końcu byli dla siebie oparciem, mogli na siebie liczyć w każdej sytuacji, bo na tym polegały związki, teraz? Przecież niczego sobie nie obiecywali, nie mogła spodziewać się, że wyciągnie do niej rękę za każdym razem, gdy będzie tego potrzebowała. To nie było odpowiednim podejściem.
- Nie za całe zło tego świata. - Zamierzała się odezwać, bo przecież nie do końca tak było.
- Bardziej za to, że zaczęliśmy znowu krążyć wokół siebie, a przecież nie powinniśmy tego robić, to nas zniszczy, Ciebie zniszczy i mnie zniszczy, prędzej, czy później. - Wydawała się być bardzo pewna tego, co mówiła. Nie powinni sobie tego robić, nie, jeśli faktycznie nie zamierzali ponownie się w to zanurzyć, a to chyba było już niemożliwe.