30.01.2023, 23:47 ✶
Patrick spojrzał na Lucy. W tym momencie jego słaby uśmiech rzeczywiście jej wystarczył. Nie było czasu na powitania. Było raczej dobrze, że Patrick nie pytał jej o samopoczucie, bo po prostu zaczęłaby się rozklejać, a tego podczas akcji nie lubiła. Lucy odpowiedziała swoim pogodnym jak zawsze spojrzeniem i nic więcej nie powiedziała. Przyjęła rolę psa, który czeka na polecenia swojego pana.
Patrick od razu przeszedł do konkretów. Lucy słuchała jego słów uważnie. Nie myślała teraz o niczym innym, ponieważ całą koncentrację poświęcała zadaniu. Czyli plan zakładał, żeby ewakuować czarodziejkę i jej rodzinę, zanim zaatakuje naśladowca. Kobieta przyjęła ten plan pozytywnie. Nie dlatego, że bała się walki, bo z różdżką potrafiła sobie radzić tylko, że takie rozumienie zadania pozwalało na niewystawianie niewinnych czarodziejów na niebezpieczeństwo. Kiedy Patrick skończył mówić, Lucy odpowiedziała
– Dobrze. Zrobię to. - Lucy była zdeterminowana i gotowa do działania. Wydawało jej się, że plan który przedstawił rzeczywiście był dobry, ponieważ ona jedna wystarczy, aby przeprowadzić ewakuację rodziny, podczas gdy drugi auror będzie obserwował teren z dalszej perspektywy i będzie miał ogląd tego, co się dzieje.
Potem Patrick poinformował jeszcze, że mają do dyspozycji świstoklik. Lucy schowała go na razie do kieszeni swojej kurtki i ją zapięła. Kiedy mężczyzna dodał, że aktywuje się za czterdzieści minut Lucy spojrzała na zegarek, aby zapamiętać do której muszą się wyrobić. Po tym kobieta już nic nie dodała. Patrzyła jak Patrick zakłada na twarz maskę. Widocznie chciał działać incognito. Lucy nie wiedziała bowiem jaką pozycję zajmuje w zakonie. Potem popatrzyła jeszcze jak jej kuzyn znika za drzewami. O Patricka się nie martwiła. Znała go wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że sobie poradzi. Na chwilę utknęło jej w myślach słowo „kuzyn”, ale nie zaczęła teraz rozprawiać się nad tym, czy ich relacje rzeczywiście są rodzinne.
Lucy nie tracąc czasu ruszyła żwawym krokiem w stronę domku. Różdżkę miała jakby co przygotowaną do wyciągnięcia. Nie myślała szczególnie nad tym co powie, bo sprawę chciała załatwić tak, jakby to wyglądało służbowo. Komu jak komu, ale pracownikowi Ministerstwa Magii nieznana jej rodzina powinna zaufać. Tak jej się przynajmniej wydawało, ponieważ nie znalazła lepszego wytłumaczenia, dla którego mogłaby tu być. Kiedy pokonała dystans około kilkudziesięciu metrów stanęła koniec końców przed drzwiami. Nie widziała dzwonka, więc zapukała mocno trzy razy. Podczas chwili czekania obejrzała się jeszcze za siebie, żeby sprawdzić, czy na razie nic się nie dzieje. Po tej chwili odwracając się już do drzwi, zobaczyła jak ktoś zaglądnął przez okienko w drzwiach. Potem usłyszała zamek i drzwi się uchyliły. Wyjrzała z za nich kobieta, która na oko mogła być w wieku podobnym do Lucy. Powiedziała po cichu – Proszę? – Lucy od razu wzięła płytki oddech i odpowiedziała
– Nanette, prawda? Nazywam się Lucy Longbottom i jestem aurorem. Czy mogę wejść do środka? - Wiedziała, że dla zwykłych ludzi przybycie kogoś z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów mogło nie być dobrym omenem, ale czas gonił, więc musiała działać.
Po chwili drzwi otworzyły się szerzej i Lucy ruszyła do środka. Znalazła się w małym korytarzyku, ale na razie się nie rozglądała nie było na to czasu. Kiedy Nanette zamknęła drzwi i obróciła się do niej, zaczęła mówić dalej
– Jestem tutaj, ponieważ wiem, że Carrow chce was dziś zaatakować i będzie miał wsparcie. Musicie się zaraz spakować i opuścić wasz dom. Nie będziecie mogli już tu wrócić. - Lucy chciała wyglądać, jak pracownik Ministerstwa Magii na służbie. Wiedziała, że wiadomości, które przekazała mogły się komuś wydawać jak grom z jasnego nieba, ale ponieważ zależało jej na czasie, czekała jak zareaguje na nie kobieta.
Patrick od razu przeszedł do konkretów. Lucy słuchała jego słów uważnie. Nie myślała teraz o niczym innym, ponieważ całą koncentrację poświęcała zadaniu. Czyli plan zakładał, żeby ewakuować czarodziejkę i jej rodzinę, zanim zaatakuje naśladowca. Kobieta przyjęła ten plan pozytywnie. Nie dlatego, że bała się walki, bo z różdżką potrafiła sobie radzić tylko, że takie rozumienie zadania pozwalało na niewystawianie niewinnych czarodziejów na niebezpieczeństwo. Kiedy Patrick skończył mówić, Lucy odpowiedziała
– Dobrze. Zrobię to. - Lucy była zdeterminowana i gotowa do działania. Wydawało jej się, że plan który przedstawił rzeczywiście był dobry, ponieważ ona jedna wystarczy, aby przeprowadzić ewakuację rodziny, podczas gdy drugi auror będzie obserwował teren z dalszej perspektywy i będzie miał ogląd tego, co się dzieje.
Potem Patrick poinformował jeszcze, że mają do dyspozycji świstoklik. Lucy schowała go na razie do kieszeni swojej kurtki i ją zapięła. Kiedy mężczyzna dodał, że aktywuje się za czterdzieści minut Lucy spojrzała na zegarek, aby zapamiętać do której muszą się wyrobić. Po tym kobieta już nic nie dodała. Patrzyła jak Patrick zakłada na twarz maskę. Widocznie chciał działać incognito. Lucy nie wiedziała bowiem jaką pozycję zajmuje w zakonie. Potem popatrzyła jeszcze jak jej kuzyn znika za drzewami. O Patricka się nie martwiła. Znała go wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że sobie poradzi. Na chwilę utknęło jej w myślach słowo „kuzyn”, ale nie zaczęła teraz rozprawiać się nad tym, czy ich relacje rzeczywiście są rodzinne.
Lucy nie tracąc czasu ruszyła żwawym krokiem w stronę domku. Różdżkę miała jakby co przygotowaną do wyciągnięcia. Nie myślała szczególnie nad tym co powie, bo sprawę chciała załatwić tak, jakby to wyglądało służbowo. Komu jak komu, ale pracownikowi Ministerstwa Magii nieznana jej rodzina powinna zaufać. Tak jej się przynajmniej wydawało, ponieważ nie znalazła lepszego wytłumaczenia, dla którego mogłaby tu być. Kiedy pokonała dystans około kilkudziesięciu metrów stanęła koniec końców przed drzwiami. Nie widziała dzwonka, więc zapukała mocno trzy razy. Podczas chwili czekania obejrzała się jeszcze za siebie, żeby sprawdzić, czy na razie nic się nie dzieje. Po tej chwili odwracając się już do drzwi, zobaczyła jak ktoś zaglądnął przez okienko w drzwiach. Potem usłyszała zamek i drzwi się uchyliły. Wyjrzała z za nich kobieta, która na oko mogła być w wieku podobnym do Lucy. Powiedziała po cichu – Proszę? – Lucy od razu wzięła płytki oddech i odpowiedziała
– Nanette, prawda? Nazywam się Lucy Longbottom i jestem aurorem. Czy mogę wejść do środka? - Wiedziała, że dla zwykłych ludzi przybycie kogoś z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów mogło nie być dobrym omenem, ale czas gonił, więc musiała działać.
Po chwili drzwi otworzyły się szerzej i Lucy ruszyła do środka. Znalazła się w małym korytarzyku, ale na razie się nie rozglądała nie było na to czasu. Kiedy Nanette zamknęła drzwi i obróciła się do niej, zaczęła mówić dalej
– Jestem tutaj, ponieważ wiem, że Carrow chce was dziś zaatakować i będzie miał wsparcie. Musicie się zaraz spakować i opuścić wasz dom. Nie będziecie mogli już tu wrócić. - Lucy chciała wyglądać, jak pracownik Ministerstwa Magii na służbie. Wiedziała, że wiadomości, które przekazała mogły się komuś wydawać jak grom z jasnego nieba, ale ponieważ zależało jej na czasie, czekała jak zareaguje na nie kobieta.