26.02.2025, 09:15 ✶
- Zwłaszcza że kandydaci byli trochę dziwaczni. Zresztą... ustawiane randki są w sumie dość normalne u nas, ale tak na oczach ludzi?
Brenna do tej pory martwiła się trochę tym człowiekiem, z którym umówiła się Nora. Te ustawione zdjęcia mieszkania, sposób, w jaki rozmawiali o pieczeniu... Ale Nora nic nie mówiła, a Brenna w końcu odpuściła, przyznając, że panna Figg jest dorosła, prawdopodobnie bardziej odpowiedzialna niż ona sama i że nie powinna się wtrącać.
- Zasługujesz na to. Cieszę się, że się znaleźliście - powiedziała i tym razem uśmiech na jej twarzy był bardzo szeroki i bardzo szczery. Wiedziała, że taki związek, mugolak i czystokrwista, ściągnie uwagę. Ale Olivia też o tym wiedziała, a Brenna była ostatnią osobą, która mogłaby im cokolwiek odradzać.
Jeśli by to zrobiła, to o co do cholery w ogóle walczyli? Nie chodziło przecież tylko o koniec wojny. Wojna mogła się skończyć, a potem zacznie się od nowa, bo nie usuną przyczyn, które do niej doprowadziły.
Przynajmniej obawy pani Quirke odnośnie kłótni wydawały się chybione.
- Philip Nott i Louvain Lestrange, tak. Nie wiem, co dokładnie się działo, bo tam nie poszłam.
Brenna uwielbiała czarodziejskie pojedynki, ale jednocześnie nie lubiła takich widowisk. Do tego stopnia, że był to jeden z powodów, dla których nie chodziła na zebrania Srebrnych Różdżek - wolała faktycznie ćwiczyć, niekoniecznie grając zgodnie z zasadami, niż brać udział w spotkaniach klubu.
- Nie mam zielonego pojęcia. W sensie, czy robią coś innego? Może? Chociaż gdyby kogoś udusiły albo coś takiego, pewnie zakazano by wstępu do ogrodów, a dalej są otwarte? I jeśli ktoś z Blacków zaręczył się z Lestrange'ami, to nic o tym nie słyszałam... - stwierdziła z pewnym namysłem. To znaczy, słyszała o zaręczynach Rodolphusa i Bellatrix, ale to było już szmat czasu temu, a wieści o tym, że się rozstali, nie dotarły do uszu Brenny - mimo tego, że jej matka naprawdę bardzo lubiła plotkować. Normalnie nie zwróciłaby uwagi na te kwiaty, ale ostatnimi czasy tyle anomalii dotykało Doliny Godryka i innych zakątków, że się niepokoiła. Ba, nawet przyszło jej do głowy, że skoro zdaniem afrykańskiej czarownicy sama obecność Zimnych tworzyła anomalie, może te kwiaty rozkwitły tam z powodu Victorii?
– Ja martwię się o Samhain – przyznała z westchnieniem. – Święto umarłych? Brzmi jak coś w stylu Voldemorta, poza tym przecież nie zaatakował Beltane bez powodu, a te dwa święta są przeciwstawne…
Wizje Morpheusa z kolei sugerowały początek jesieni. Tu pasowałoby Mabon albo po prostu jakiś dzień z początków października – w końcu w sabaty teraz wszyscy będą w stanie podwyższonej gotowości. Chyba tylko ktoś bardzo naiwny myślałby, że po Beltane Voldemort ot tak odpuści. Tym, czego Brenna absolutnie się nie spodziewała, był oczywiście fakt, że coś stanie się j u t r o.
Ale prawda była taka, że nieważne, kiedy i co miało nastąpić. Nie było możliwości, aby byli na to gotowi.
Objęła Olivię bez wahania, gdy ta się do niej przytuliła. Tego typu czułości zawsze były dla Brenny naturalne: niemal nigdy nie wahała się z wyciąganiem do innych rąk, i nieważne, czy Quirke chciała pocieszyć ją, czy sama potrzebowała pocieszenia, nie było mowy, żeby ją odepchnęła.
– Nikt już nie jest bezpieczny – odparła łagodnie. – Ale właśnie dlatego musimy starać się coś z tym zrobić.
Co innego miała powiedzieć? Obiecać, że przeżyje? Powiedzieć całą prawdę, czyli że od dawna uważała, że w tej wojnie umrze – że nie sądziła nawet, by było jej dane przetrwać kolejny rok? Że może pochłonie ją już jesień, skoro wizja Morpheusa dotyczyła ich domu?
– Wyśpij się, proszę. Wpadnę niedługo, może uda nam się po prostu razem posiedzieć? – rzuciła lekko, gdy Olivia ją puściła, obietnica, która nie mogła zostać dotrzymana. Złapała torbę z eliksirami, a potem pożegnała się, przed wyjściem jeszcze szepcąc pani Quirke, by się zanadto nie martwiła, bo nie wyglądało na to, by Olivia pokłóciła się z ukochanym.
Brenna do tej pory martwiła się trochę tym człowiekiem, z którym umówiła się Nora. Te ustawione zdjęcia mieszkania, sposób, w jaki rozmawiali o pieczeniu... Ale Nora nic nie mówiła, a Brenna w końcu odpuściła, przyznając, że panna Figg jest dorosła, prawdopodobnie bardziej odpowiedzialna niż ona sama i że nie powinna się wtrącać.
- Zasługujesz na to. Cieszę się, że się znaleźliście - powiedziała i tym razem uśmiech na jej twarzy był bardzo szeroki i bardzo szczery. Wiedziała, że taki związek, mugolak i czystokrwista, ściągnie uwagę. Ale Olivia też o tym wiedziała, a Brenna była ostatnią osobą, która mogłaby im cokolwiek odradzać.
Jeśli by to zrobiła, to o co do cholery w ogóle walczyli? Nie chodziło przecież tylko o koniec wojny. Wojna mogła się skończyć, a potem zacznie się od nowa, bo nie usuną przyczyn, które do niej doprowadziły.
Przynajmniej obawy pani Quirke odnośnie kłótni wydawały się chybione.
- Philip Nott i Louvain Lestrange, tak. Nie wiem, co dokładnie się działo, bo tam nie poszłam.
Brenna uwielbiała czarodziejskie pojedynki, ale jednocześnie nie lubiła takich widowisk. Do tego stopnia, że był to jeden z powodów, dla których nie chodziła na zebrania Srebrnych Różdżek - wolała faktycznie ćwiczyć, niekoniecznie grając zgodnie z zasadami, niż brać udział w spotkaniach klubu.
- Nie mam zielonego pojęcia. W sensie, czy robią coś innego? Może? Chociaż gdyby kogoś udusiły albo coś takiego, pewnie zakazano by wstępu do ogrodów, a dalej są otwarte? I jeśli ktoś z Blacków zaręczył się z Lestrange'ami, to nic o tym nie słyszałam... - stwierdziła z pewnym namysłem. To znaczy, słyszała o zaręczynach Rodolphusa i Bellatrix, ale to było już szmat czasu temu, a wieści o tym, że się rozstali, nie dotarły do uszu Brenny - mimo tego, że jej matka naprawdę bardzo lubiła plotkować. Normalnie nie zwróciłaby uwagi na te kwiaty, ale ostatnimi czasy tyle anomalii dotykało Doliny Godryka i innych zakątków, że się niepokoiła. Ba, nawet przyszło jej do głowy, że skoro zdaniem afrykańskiej czarownicy sama obecność Zimnych tworzyła anomalie, może te kwiaty rozkwitły tam z powodu Victorii?
– Ja martwię się o Samhain – przyznała z westchnieniem. – Święto umarłych? Brzmi jak coś w stylu Voldemorta, poza tym przecież nie zaatakował Beltane bez powodu, a te dwa święta są przeciwstawne…
Wizje Morpheusa z kolei sugerowały początek jesieni. Tu pasowałoby Mabon albo po prostu jakiś dzień z początków października – w końcu w sabaty teraz wszyscy będą w stanie podwyższonej gotowości. Chyba tylko ktoś bardzo naiwny myślałby, że po Beltane Voldemort ot tak odpuści. Tym, czego Brenna absolutnie się nie spodziewała, był oczywiście fakt, że coś stanie się j u t r o.
Ale prawda była taka, że nieważne, kiedy i co miało nastąpić. Nie było możliwości, aby byli na to gotowi.
Objęła Olivię bez wahania, gdy ta się do niej przytuliła. Tego typu czułości zawsze były dla Brenny naturalne: niemal nigdy nie wahała się z wyciąganiem do innych rąk, i nieważne, czy Quirke chciała pocieszyć ją, czy sama potrzebowała pocieszenia, nie było mowy, żeby ją odepchnęła.
– Nikt już nie jest bezpieczny – odparła łagodnie. – Ale właśnie dlatego musimy starać się coś z tym zrobić.
Co innego miała powiedzieć? Obiecać, że przeżyje? Powiedzieć całą prawdę, czyli że od dawna uważała, że w tej wojnie umrze – że nie sądziła nawet, by było jej dane przetrwać kolejny rok? Że może pochłonie ją już jesień, skoro wizja Morpheusa dotyczyła ich domu?
– Wyśpij się, proszę. Wpadnę niedługo, może uda nam się po prostu razem posiedzieć? – rzuciła lekko, gdy Olivia ją puściła, obietnica, która nie mogła zostać dotrzymana. Złapała torbę z eliksirami, a potem pożegnała się, przed wyjściem jeszcze szepcąc pani Quirke, by się zanadto nie martwiła, bo nie wyglądało na to, by Olivia pokłóciła się z ukochanym.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.