- Znowu czegoś nie zrozumiałam... - Mruknęła sama do siebie. Ostatnio chyba zbyt często jej się to zdarzało. Kiedyś potrafili dogadać się bez słów? Teraz, teraz nawet ten nadmiar słów im tego nie ułatwiał. To było przykre. Niby próbowali, to i tak było sporo jak na nich, bo naprawdę próbowali sobie wszystko wyjaśnić, tyle, że to niczego nie dawało, miała wrażenie, że tylko udowadniało im jak bardzo inną wizję świata mają.
Czuła, że najlepiej by było gdyby faktycznie odwróciła się teraz na pięcie i stąd odeszła, tyle, że nie potrafiła uciekać, to nigdy nie było jej sposobem na rozwiązywanie problemów, szczególnie, że chwilo najwyraźniej nie skończyli tej rozmowy. Musiała to przetrwać, chociaż czuła się naprawdę chujowo, poniekąd też trochę upokorzona? Bo jednak spodziewała się tego, że może istniała jakakolwiek szansa na to, że tym razem zmieni zdanie, że kiedy dojdzie do tej faktycznej konfrontacji trudniej będzie mu być takim stanowczym w podejmowanej przez siebie decyzji. Nic z tego, nic nie było w stanie zmienić zdania Roisa. Wystarczyło tylko by powiedział, żeby została, ale tego nie zrobił.
- Jasne, tej nocy, teraz. - Niby wiedziała dlaczego to musiało wydarzyć się od razu, jednak nie zmieniało to faktu, że nie była na to gotowa, ale czy właściwie kiedykolwiek by była? Nie. Na coś takiego nie można było się przygotować. Może lepiej, jeśli wydarzy się to właśnie w ten dość brutalny sposób, zupełnie niespodziewanie. Tak powinno być prościej, skoczyć na głęboką wodę, oby tylko nie zatonęła.
W końcu nie chcieli się znowu zamotać, tyle, że wydawało jej się, iż na to też było za późno, ale co ona mogła wiedzieć. Była zagubiona, wyjątkowo zagubiona i nie radziła sobie z tymi wszystkimi przytłaczającymi ją uczuciami. Tego było zbyt wiele, przynajmniej ostatnio. Obrywała na każdej możliwej płaszczyźnie, dobijała ją teraźniejszość i przeszłość, a przyszłość też nie zapowiadała się tak, jakby mogła przynieść jej coś dobrego. Nawet osoby jak ona, wydawać by się mogło, że dosyć silne miały jakieś swoje granice.
Nie oponowała, chociaż typowe dla niej było zaprzeczanie i narzucanie swojego zdania, próba przepchnięcia własnych opinii. Tym razem nie miała już chyba na to siły, straciła nadzieję. Bierność była jej raczej obca, ale tym razem to ona okazała się być rozwiązaniem. Nie chciała dłużej ranić ani siebie, ani jego. Tak było lepiej. Bez sensu znowu było mieszać sobie w głowach, bo przecież to robili przez cały ten tydzień i do czego ich to doprowadziło.
- Nie ma żadnych nas. - Nie przestawała się wpatrywać w swoje stopy, bo trudno jej było mówić to wszystko i unieść głowę, nie chciała spojrzeć mu w oczy, bo zobaczyłby, że kłamie. Zawsze będą jacyś oni, czy im się to podobało, czy nie, bo ich losy zostały ze sobą splecione, ich dusze były ze sobą połączone, tej więzi nie dało się tak łatwo pozbyć, co też już ustalili.
- Więc skoro nie ma nas, to nie ma problemu, nie ma granic, po prostu musimy przestać dla siebie istnieć. - Jakby to w ogóle było możliwe, w przypadku tego, co ich łączyło. Będzie musiała sobie w inny sposób poradzić z tym lękiem, który się jej pojawił. Właściwie przecież w tym przypadku nawet lepiej by było, gdyby całkowicie o niej zapomniał, musiała się po prostu pogodzić z tym, że mogła nastąpić taka ewentualność. Przestać myśleć o przeszłości, skończyć z rozdrapywaniem ran, jakoś poradzić sobie z tym uczuciem pustki i samotnością.
Jak miała to zrobić? Aktualnie jeszcze tego nie wiedziała, zapewne zatraci się w czymś, po to aby nie pozwolić swoim myślom uciekać zbyt daleko. To było najprostszym rozwiązaniem, może nie takim, jakiego dla siebie pragnęła, ale nie widziała żadnej, innej możliwości.
Zniknie, może nie powinna aktualnie opuszczać Wielkiej Brytanii, ale to chyba będzie dla niej najzdrowsze. Zresztą nieraz już przecież tak robiła, wyjeżdżała stąd na dłużej, kiedy nie do końca radziła sobie z rzeczywistością. Wracała, tak, ale czy aktualnie miałaby w ogóle po co wracać?
- Chyba mamy co do tego zgodność? - Byli wprawieni w szukaniu kompromisów, przez lata całkiem nieźle im się to udawało, wypadałoby, aby na koniec też jakiś osiągnęli.
Nie, żeby sądziła, że udawanie, że to drugie nie istnieje było szczególnie prostym rozwiązaniem, jednak przez te półtora roku, chyba całkiem nieźle im to wychodziło, praktycznie się nie spotykali, omijali się, jeśli już miało dojść do konfrontacji. Jasne, wtedy było łatwiej, bo nie wiedziała, że nadal czuł do niej to samo, co wcześniej, ale czy to właściwie coś zmieniało? Chyba jeszcze na gorsze. Było jej trudniej się z tym pogodzić mając tę świadomość. Znała siebie, wiedziała, że zacznie szukać okazji do tego, aby zbliżyli się ponownie, mogła mówić coś innego, ale wiedziała, że to nie będzie takie proste, jak te słowa, które padały z jej ust. Kiedy znajdował się blisko niej nie miała oporów przed tym, aby przekraczać wszelkie granice, które sobie wyznaczali, więc czy w ogóle stawianie ich miało jakikolwiek sens?
- Czy powinnam się z tobą pożegnać? - Zapytała jeszcze, bo nie do końca była pewna, jak miało to wyglądać? Czy miała się po prostu odwrócić na pięcie i stąd odjeść, coś jeszcze powiedzieć? Nie robiła tego jeszcze nigdy, Ambroise miał w tym większe doświadczenie od niej.