31.01.2023, 12:48 ✶
Theodore, mimo swojej charyzmy, koniec końców był tylko człowiekiem. Gadatliwym i przekonującym, ale, dla równowagi, nieposiadającym ogromnej inteligencji. Jego rozum nie zawsze nadążał za chęciami chłopaka do wymanewrowywania rozmówców. Może tak było nawet lepiej: gdyby nie to, dużo trudniej byłoby połapać w jego kłamstwach.
- Po świecie chodzą różni szaleńcy. Znam na przykład człowieka, który dobiera swoje ubrania nie na podstawie pogody, ale na podstawie tego, co zobaczy w kryształowej kuli. Kto wie, może mam jakiegoś arcywroga, któremu strzeliło coś pokręconego do głowy i odebrał mi mojego jedynego towarzysza? – wzruszył niewinnie ramionami, z pozoru nie przejmując się zupełnie wątpliwościami czarownicy. Wewnątrz jednak był smutny – tak bardzo się starał, a ona dalej zdawała się mu nie wierzyć. Uparcie ponowił swoje próby, tym razem serwując nowy stos bzdur, poczynając od wymyślenia niepokornego miłośnika wróżb, a kończąc na zmyślonym arcywrogu.
- Jakbyś usłyszała jak gram, to nie przyszłoby ci do głowy sugerować coś takiego. Rośliny kochają moją muzykę, zapewniam – odparł, zaśmiał się jednak zaraz potem uprzejmie, doceniając jej żart. O ile to był żart, bo nie był na sto procent pewny. Nie znał Mackenzie bardzo dobrze, nie mógł być więc pewien swojego osądu, ale wydawało mu się, że rzadko kiedy śmieszkowała. Widział jednak wyraźnie, że w temacie muzyki była nieugięta póki co, postanowił więc wyciągnąć swojego asa z rękawa.
- Wciąż wisisz mi jedną przysługę i zamierzam użyć jej tak, by jednak pomóc ci z twoimi roślinkami. Taki już ze mnie dobry sąsiad – wzruszył niewinnie ramionami, z równie niewinnym uśmiechem na twarzy, udając kogoś, kto zupełnie niczego nie kombinował i kto na sto procent nie miał żadnych ukrytych motywów.
- Nie szkodzi. I tak muszę już iść. Mam zakupy do zrobienia – stwierdził i pomachał jej na koniec na pożegnanie. Nie chciał się zasiedzieć i nadwyrężać jej gościnności. Wyszedł bardzo zadowolony z faktu, że będzie miał okazję odnowić dawną znajomość ze szkoły. I pograć na gitarze dla publiczności.
- Po świecie chodzą różni szaleńcy. Znam na przykład człowieka, który dobiera swoje ubrania nie na podstawie pogody, ale na podstawie tego, co zobaczy w kryształowej kuli. Kto wie, może mam jakiegoś arcywroga, któremu strzeliło coś pokręconego do głowy i odebrał mi mojego jedynego towarzysza? – wzruszył niewinnie ramionami, z pozoru nie przejmując się zupełnie wątpliwościami czarownicy. Wewnątrz jednak był smutny – tak bardzo się starał, a ona dalej zdawała się mu nie wierzyć. Uparcie ponowił swoje próby, tym razem serwując nowy stos bzdur, poczynając od wymyślenia niepokornego miłośnika wróżb, a kończąc na zmyślonym arcywrogu.
- Jakbyś usłyszała jak gram, to nie przyszłoby ci do głowy sugerować coś takiego. Rośliny kochają moją muzykę, zapewniam – odparł, zaśmiał się jednak zaraz potem uprzejmie, doceniając jej żart. O ile to był żart, bo nie był na sto procent pewny. Nie znał Mackenzie bardzo dobrze, nie mógł być więc pewien swojego osądu, ale wydawało mu się, że rzadko kiedy śmieszkowała. Widział jednak wyraźnie, że w temacie muzyki była nieugięta póki co, postanowił więc wyciągnąć swojego asa z rękawa.
- Wciąż wisisz mi jedną przysługę i zamierzam użyć jej tak, by jednak pomóc ci z twoimi roślinkami. Taki już ze mnie dobry sąsiad – wzruszył niewinnie ramionami, z równie niewinnym uśmiechem na twarzy, udając kogoś, kto zupełnie niczego nie kombinował i kto na sto procent nie miał żadnych ukrytych motywów.
- Nie szkodzi. I tak muszę już iść. Mam zakupy do zrobienia – stwierdził i pomachał jej na koniec na pożegnanie. Nie chciał się zasiedzieć i nadwyrężać jej gościnności. Wyszedł bardzo zadowolony z faktu, że będzie miał okazję odnowić dawną znajomość ze szkoły. I pograć na gitarze dla publiczności.
Koniec sesji