Podeszła do tego w końcu tak, jak chciał, żeby to zrobiła. Przecież od samego początku jej o tym mówił. Ostrzegał ją, gdy zaczęli się do siebie zbliżać. Wtedy jeszcze to do niej nie docierało, aż tak. Myślała, że znajdzie jakąś lukę, że jak przypomną sobie, jak dobrze było im razem, to może jeszcze wszystko się ułoży. To nie zadziałało. Inaczej przecież nie doprowadziliby do tej rozmowy, nie staliby w tym deszczu godząc się z tym, że to miało być zakończenie ich wspólnej historii. Postanowiła to zaakceptować, wbrew temu, o czym rozmawiała kilka dni temu z Corneliusem. Nie miała siły, aby osaczać Ambroisa, znajdować się zbyt blisko, nie gdy ciągle powtarzał jej, że nie mogą tego robić. Próbowała, ale ile razy miała się powtarzać, ile razy prosić go o to, aby im dał szansę? Ile razy miała to robić. Ona również miała swoje granice i mimo, że obiecała sobie, że tym razem nie pozwoli mu odejść, to jednak docierało do niej, że nie mogła tego zrobić. Nie kiedy ciągle reagował w ten sam sposób, nie miała siły przebicia, zupełnie nie mogła zmienić jego podejścia. Geraldine miewała momenty słabości, czuła, kiedy wszystko było stracone i to była właśnie jedna z takich chwil.
Nie mogła ciągle próbować tego robić, nie kiedy wiedziała do czego to doprowadzało, nie gdy zdawała sobie sprawę jak bardzo ją miało to zniszczyć. Już była w rozsypce, po ledwie tygodniu życia w ten sposób, dłużej by nie wytrzymała. Jednak była słaba, zdecydowanie słabsza, niż jej się wydawało, że jest. Nie mogła znieść kolejnych odmów, kolejnego negowania tego, co miała do powiedzenia. Nie łatwo było walczyć o coś, kiedy druga strona miała zupełnie inne zdanie, którym się dzieliła.
Nie ukrywała wcale tego, że dla niej to również był spory cios, ale jego przesłanie do niej dotarło. Znowu stała się bierna, tyle, że tym razem w głowie nie układała sobie kolejnego planu, jak mogłaby do niego dotrzeć. Tym razem pogodziła się, że to nigdy nie będzie możliwe. Zupełnie się poddała. Nadszedł ten moment. Nie, żeby była z siebie dumna, ale nie miała siły bezsensownie walczyć, rozdrapywać starych ran, zyskiwać nowych. Ile bowiem to mogło trwać? i jaką miała pewność, że nie zniszczy jej to zupełnie. Już ledwo sobie radziła. Nie mogła pozwolić sobie na to, by przez to zupełnie zatracić siebie, chociaż czuła, że już sporo zostało jej odebrane.
Nie miała w zwyczaju działać w ten sposób, nie miała tendencji do trzymania koło siebie kogoś na siłę, to było do niej niepodobne, tyle, że chodziło o Roisa, miłość jej życia, w tym przypadku mogła się płaszczyć, mogła próbować różnych sposobów, aby go do siebie przekonać, tyle, że tego nie chciał, to znaczy nie mógł tego chcieć, jakby to cokolwiek zmieniało.
Mogłaby dalej próbować, ale to by ją zupełnie złamało, zresztą aktualnie już była dosyć mocno rozsypana. Te słowa ledwie wyszły jej przez usta, o czym zresztą świadczył jej ton głosu, próbowała, aby brzmiał ją obojętnie, ale nie dało się nie zauważyć, że było zupełnie inaczej. Nie mogła udawać, że jej to nie boli, nie była w stanie. Tylko co z tego, jej ból niczego nie zmieniał. Decyzja została podjęta przecież bez niej, już półtora roku temu. Jej zdanie, jej podejście nie miało żadnego znaczenia względem tego, co miało się wydarzyć, a właściwie to już się działo, już prawie było po wszystkim.
Łatwo jej było być dla niego nieprzyjemną, kiedy nie miała pojęcia o tym, czym była spowodowana jego decyzja te półtora roku temu. Znalazła sobie swoje własne wytłumaczenie, trzymała się tej narracji, bo prościej było go nienawidzić, przynajmniej pozornie. Strzelać w niego piorunami z oczu, gdy znajdował się w zasięgu jej wzroku. Teraz nie mogła tego zrobić, bo przecież poznała prawdę. Miał swoje powody, może ich nie rozumiała, ale wypadało to uszanować. Przez to było jej jeszcze trudniej zaakceptować to, że ponownie musieli od siebie odejść. Myślała całkiem prosto, zresztą zarzucał jej to przecież. Skoro się kochali, to powinni być razem, tyle. Nie było nad czym się rozwodzić, tyle, że to wcale nie okazało się być takie łatwe, nie kiedy zachowywał się jak ściana, w którą ciągle uderzała, za każdym razem odbijała się od niej coraz mocniej.
Mylące były jego gesty, jednak słowa, to słowa zadecydowały o tym, co zamierzała zrobić. Nie powiedział jej, żeby została, ani razu o tym nie wspomniał. Zaczynała więc wątpić w znaczenie gestów, chociaż przecież nie powinna, bo to one zawsze był ich głównym sposobem komunikacji. Rzadko kiedy sięgali po słowa.
Przymknęła ponownie oczy, gdy powiedział o tym, że nie mają zgodności. Przecież dała mu dokładnie tego, czego chciał, przynajmniej tak się jej wydawało. Miała go puścić wolno, pozwolić mu odejść. Dlaczego więc twierdził, że nie mieli zgodności? Dlaczego to mówił. Znowu mieszał jej w głowie. Jasne, może wybrała dość brutalną wersję, co do przekazania mu tego, jak to widziała, ale czy tak nie było prościej? Nie, żeby było to prawdziwe, ale po prostu chciała dać mu to, czego potrzebował, bo to, że ona potrzebowała czegoś innego było jasne. Znowu postępowała wbrew sobie, to jego chciała zadowolić, a sobie nieco uprościć sytuację. Nie chciała cierpieć, chociaż jej to nie ominęło. Jej świat ponownie zaczął rozsypywać się na drobne kawałki, wystarczył tylko tydzień, żeby przywykła do nich. Do tego, że znowu mogła się przy nim budzić i zasypiać, do tego, że po prostu był obok i znowu zostało jej to odebrane.
Odetchnęła ciężko i w końcu podniosła wzrok, spojrzała na niego. Nie miała pojęcia do czego zmierzał, co tym razem próbował zrobić. Nie mieli zgodności, tak, to było jasne od samego początku, ale wydawało się jej, że teraz dała mu dokładnie to czego potrzebował, tyle, że najwyraźniej to również nie zadziałało. - Nie mogę tak dłużej, nigdy nie chciałam z tobą walczyć, to się robi coraz trudniejsze, nie radzę sobie, zupełnie sobie z tym nie radzę, nie widzisz tego, nie wiesz, ile mnie to kosztowało. - Pękła. Kiedy się odzywała drżała jej dolna warga, jej głos był zdecydowanie bardziej cichy niż normalnie. Może nie powinna z siebie tego wyrzucać, ale znalazła się na skraju, nie radziła sobie z tym, co się właśnie działo. Zupełnie. To było dla niej zbyt wiele, nie przygotowała się na to, że to wydarzy się dzisiaj.
Nadal zależało jej na tym, aby byli zgodni, chociaż wiedziała, że to nigdy już się nie uda. Też mieli za sobą rozmowę na ten temat, tyle, że nie do końca rozumiała co się stało z jego poprzednią narracją, próbowała się dostosować. Najłatwiej będzie im udawać, że nie istnieją, to przecież było całkiem logiczne. Obojętność nie byłaby najłatwiejszym rozwiązaniem, bo wiedziała, jak reagowała na jego obecność. Nie mogła zakładać, że nigdy więcej się nie spotkają, bo przecież to nie było możliwe, mogła jednak zawsze znikać, kiedy pojawiłby się gdzieś obok. Nie istniałaby dla niego.
Najgorsze było to, że nie potrafiła zapomnieć o tym, jak kiedyś im było razem dobrze, o tych wszystkich wspólnych chwilach, o czasie który razem spędzili. Mogła się oszukiwać, że Roise przestanie dla niej istnieć, ale wiedziała, że to nie będzie możliwe. Tamten okres w jej życiu był najlepszym, co jej się przydarzyło, przy nim stała się lepsza. Gdy zniknął wróciła do starych nawyków, zaczęła być tą dawną wersją siebie, która nie do końca jej się podobała, zwłaszcza, że wiedziała, jaka mogła być, kiedy znajdowała się przy kimś komu naprawdę na niej zależało. To było popaprane, ale nic nie mogła na to poradzić.
- Tak, wezmę go i zniknę. - Właściwie zupełnie nie przejmowała się tym płaszczem, ale chyba wolała po niego pójść tylko po to, aby jej go nie odsyłał. Skoro to miało być pożegnanie, to nie chciała dopuszczać do kolejnej interakcji, nawet listownej. Musiała o nim zapomnieć, przestać o nim myśleć. Nie widziała innego wyjścia. Czas najwyższy opuścić to miejsce.
Próbowała zapanować nad łzami, które niestety nie przestawały płynąć po jej policzkach. Właściwie one chyba były potwierdzeniem tego, że nie radziła sobie z tym, co właśnie sobie robili, chociaż to co mówiła wydawało się być bardzo świadome. Nie było takie jednak, wydawało jej się po prostu, że mówi to, co on chce usłyszeć, że daje mu to, czego potrzebuje. Tym razem bez żadnych ukrytych zamiarów. Poddała się, zaakceptowała to, że nie będzie dla nich żadnej przyszłości, chociaż przecież jeszcze ostatnio łatwo przychodziło im mówienie o tym, co będą robić wspólnie. Jak widać te plany też były tylko iluzją, mimo, że wcale nie były szczególnie dalekosiężne. Nawet to miało nie być im pisane. Zgadzała się na to, bo co innego miała zrobić? Nadal odbijać się od ściany, walić głową w mur, przy okazji tracąc ostatnie części siebie. To też nie miało żadnego sensu. Nie widziała innego rozwiązania, próbowała, szukała go, ale nic to nie dało. Byli skazani na porażkę, od samego początku, nie miała w zasadzie innej opcji, jak po prostu na to przystać.
- Chodźmy, już czas. - Nie chciała zostawać tutaj dłużej, bo obawiała się, że może się złamać, że jeszcze chwila i wróci do tej innej narracji. Im dłużej się tutaj znajdowali, tym mniej była pewna tych słów, które wypowiedziała, miała świadomość, że jeszcze się to na niej odbije, na pewno w pełni uświadomi sobie to wszystko, gdy wróci do domu, kiedy znajdzie się zupełnie sama w swojej sypialni, kiedy nie poczuje tego ciepła tuż przy swoim boku.