28.02.2025, 12:00 ✶
Przez moment stała przypatrując się im z zaciekawieniem. Był to swego rodzaju powiew świeżości, coś na swój sposób egzotycznego. Coś co chciałaby zapamiętać, bo choć nie rysowała długoterminowych planów niczym naiwne, rozmarzone dziewczę i tego typu planów nie zamierzała malować - to wiedziała, że póki co chciała mieć blondyna blisko siebie i dopóki to się nie zmieni, poniekąd żywiła nadzieje, że tych dwóch mimo różnic - jak na ironie również podobieństw, bo oboje mieli trudny charakter - będzie sobie przychylnym, chociażby ze względu na nią.
Zerknęła na ojca, gdy wyraził poniekąd zdanie na temat wycieczki do muzeum. Uśmiechnęła się delikatnie, czując niewypowiedziane powątpiewanie co do obranego miejsca, cóż... rzeczywiście nigdy nie włóczyła się zanadto po muzeach, chyba że chodziło o cmentarzyska.
Słysząc aprobatę ojca na temat tego aby Malfoy został na śniadaniu, na jej usta wpłynął iście radosny uśmiech, a Ona sama cicho cofnęła się w kierunku drzwi, przenosząc wzrok na Baldwina, który grzecznie chciał się ewakuować.
Uroczę, łudził się, że go stąd wypuszczę - z ów myślą lekko pchnęła drzwi, które z miękkim stukotem, w akompaniamencie cichego skrzypu, obwieściły zamknięcie się.
Chętnie. Dziękuję. - ledwo powstrzymała śmiech, który cisnął się na jej usta.
Richard się wycofał, dając im najwidoczniej przestrzeń aby mogli ostatecznie zadecydować, niepotrzebnie.
Jej wewnętrzny despota podjął decyzje w chwili w której Malfoy przekroczył próg ich domostwa.
Potem, na osobności z każdym z nich, mogła zbierać plony swojej decyzji - Wiedziała, że nie tu. Nie teraz.
Ruszyła śladem ojca, chcąc złapać blondyna za rękę, aby zachęcić go do podróży, a jednak nim to uczyniła, Baldwin przyciągnął ją ku sobie.
-W to nie wątpię, min Kaejre - odszepnęła z szelmowskim uśmiechem, przyglądając się blondynowi uważnie. Wyglądał nielegalnie, pachniał tak jak powinien, tak jak go zostawiła, tak jak powinno być.
Przegryzła wargę, widząc jego poczynania.
-Już nie mogę się doczekać - mruknęła zgodnie z prawdą. Musnęła wargami jego policzek, niechętnie się odsuwając, gdy ją wypuścił. Było to bezpieczne, słuszne, tak sobie wmawiała, nie mogąc oderwać od niego spojrzenia. Ty wyciągniesz konsekwencję za moje czyny, a jednak nim zdążysz to uczynić - ja pokaże Ci jak się kończy paradowanie przede mną w ten sposób - i Bogini mi świadkiem, że jedynie co Cię chroni to miejsce w którym jesteśmy i resztki rozsądku, które żarliwie panikują z tyłu głowy, rozpalając kolejno czerwone lampiony. Potem będziesz mógł mnie rozgrzeszyć z każdej z moich win, a ja grzecznie odpokutuje.
Zaprowadziła go do jadalni, grzecznie wchodząc jako pierwsza, siadając przy stole, czując się przy tym zaopiekowana - jak zawsze, gdy wychodzili gdzieś razem. Mogłaby nazwać to rutyną, a jednak każdy z tych drobnych gestów wywoływał ciepło, żadnego nigdy nie przeoczyła, zbierając każdy z nich, kolekcjonując skrupulatnie. Samemu Malfoyowi przychodziło to od zawsze tak naturalnie, zgrabnie - tak nieinwazyjnie, że jej niezależna dusza nigdy nie uznała tego jako coś złego, sztucznego, a wręcz przyjmowała jak komplement. Zresztą przy nim nie czuła potrzeby być silną i niezależną, jakoby bezpiecznie było pozwolić sobie taką nie być, opuścić gardę w domowym zaciszu na horyzontalnej - a to ostatnie dotyczyło każdej z jej twarzy.
A jednak czegoś zabrakło - dotyku, który zawsze był ukoronowaniem tego typu sytuacji. Wiedziała, że nie wypada. Pozwoliła sobie chociaż podążyć za nim spojrzeniem.
-Hm? - uśmiechnęła się pod nosem, sięgając po dzbanek aby nalać im picia, gdy oficjalnie mogli zacząć posiłek - Nie... - zapewniła, aby zaraz zerknąć na niego, gdy wspomniał o jej bracie - Nie, Charlie od momentu, gdy się wyprowadził zapomniał drogi do domu - dodała z krzywym uśmiechem. A jednak jak przykładny hipokryta potrafił zarzucić ją gradem oszczerstw - potrafi tylko szczekać z horyzontalnej - wyrwało jej się nim zdążyła ugryźć się w język. Uśmiechnęła się potulnie, jakoby miało to ugasić poprzednie słowa i sama nie do końca była pewna czy przed ojcem, czy Malfoyem, który zgrabnie starał się ugasić konflikt między nimi. Wiedział ile znaczył dla niej Charlie więc oczywistym było że reagowała mocniej, toteż znając jej upartość, sam chciał pchnąć ich ku sobie by pożar, który między nimi wybuchł - wygasł całkowicie. I wychodziło mu to całkiem zgrabnie, bo mimo komentarzy jakie jej się wyrywały, to jego działania odnosiły pożądany efekt.
-Moja kuzynka wyszła niedawno, powiadomiła o tym ciut za późno - delikatnie wzruszyła ramionami. Czy było jej szkoda, że nie było z nimi Sophii? Z jednej strony może trochę, mogłaby poznać Baldwina. Z drugiej jednak strony wręcz przeciwnie - z tego samego powodu. Nie lubiła się dzielić ani nim, ani jego uwagą zanadto, szczególnie jeśli chodziło o kobiety. A Sophii jako wzór cnót, chodzący ideał, przykład idealnej żony od zawsze, mimo wszystko, powodował w niej niewypowiedzianą irytację. I to nie była jej wina, nie chciała jej za to winić, ale nie potrafiła inaczej. Nie sądziła by była w jego guście, ale również nie chciała tego sprawdzać. A być może powinna?
-W sumie to dawno nie jadaliśmy wszyscy razem... - dodała. Jakby miała się nad tym dłużej zastanowić w chwili w której wszyscy przenieśli się do Londynu, tak też się rozbiegli. Każdy w innym kierunku. Była to naturalna kolej rzeczy, a jednak sądziła, że wspólne posiłki będą czymś nieco częstszym dopóki żaden z nich nie znalazł małżonka, nie miał dzieci, nie wierzyła w to by byli zajęci. Wymówki.
-Co byś zjadł? - Spojrzała na niego z jednej strony pytająco, z drugiej wyczekująco, a jej wzrok jasno sugerował, że jeżeli Malfoy nie zacznie sobie nakładać jedzenia to Scarlett go wyręczy.
Na stole można było znaleźć jajecznicę, kiełbaski, ale również talerzyki na których leżała pokrojona wędlina oraz warzywa, masło oraz oczywiście bułeczki. Sama Scarlett w duszy tęskniła za śniadaniami Agnarr. Smakowały domem, nostalgią, Norwegią. Przesunęła spojrzeniem po pustych krzesłach. Nie przeszkadzało, że są puste, chociaż nie tak dawno dom tętnił życiem. Powątpiewała by jeszcze zjedli wszyscy razem, a to coś za co jej bracia winni się wstydzić. A jednak miło by było gdyby dom, chociaż w pewnym stopniu, wypełnili ludzie. A kto wie... może gdyby sprowadzić innych członków rodziny to jej bracia w poczuciu odpowiedzialności również by się zjawili?
-A może byśmy zaprosili wuja Alexandra na śniadanie? - rzuciła luźno. Niezbyt dobrze znała część rodziny, może był to dobry czas, aby coś ruszyło w tej sprawie? Szczególnie teraz, gdy wuj Robert odszedł.
-Albo zorganizowalibyśmy jakiś obiad rodzinny. Można by zaprosić również prababcie Philomene... -dodała, smarując bułkę masłem. Nie znała za bardzo ich relacji, a jednak czy musieli się wszyscy kochać? z rodziną najpiękniej się wygląda na zdjęciach, a jednak kontakt z takową długoterminowo może przynieść korzyści. W dodatku Charlie, przed tym jak się pokłócili, wypowiadał się bardzo przychylnie o wuju, więc może informacja, że ten również będzie zadziałałaby jako wabik? W końcu głupio byłoby nie pojawić się na tego typu ceremonii rodzinnej - Mogłabym posłać zaproszenia... Rozsądnie jest dbać o kontakty... - wymruczała, nakładając na bułkę szynkę, sięgnęła po pomidora, osypała wszystko niewielką ilością soli, dokładając kanapkę na talerzyk Malfoya, co było dość abstrakcyjnym widokiem, gdyż Mulciber nie należała do najbardziej troskliwych osób. Sama nigdy nie gotowała, dla nikogo, a mimo to zdarzyło jej się na Horyzontalnej coś przygotować Baldwinowi. Po części za ten stan rzeczy winny był sam Baldwin, to on często drobnymi gestami okazywał opiekę, którą ta zaczęła odwzajemniać, mimo że nikt jej o to nie prosił, nikt od niej nie wymagał, przyszło to samo i zupełnie naturalnie.
Zerknęła na ojca, gdy wyraził poniekąd zdanie na temat wycieczki do muzeum. Uśmiechnęła się delikatnie, czując niewypowiedziane powątpiewanie co do obranego miejsca, cóż... rzeczywiście nigdy nie włóczyła się zanadto po muzeach, chyba że chodziło o cmentarzyska.
Słysząc aprobatę ojca na temat tego aby Malfoy został na śniadaniu, na jej usta wpłynął iście radosny uśmiech, a Ona sama cicho cofnęła się w kierunku drzwi, przenosząc wzrok na Baldwina, który grzecznie chciał się ewakuować.
Uroczę, łudził się, że go stąd wypuszczę - z ów myślą lekko pchnęła drzwi, które z miękkim stukotem, w akompaniamencie cichego skrzypu, obwieściły zamknięcie się.
Chętnie. Dziękuję. - ledwo powstrzymała śmiech, który cisnął się na jej usta.
Richard się wycofał, dając im najwidoczniej przestrzeń aby mogli ostatecznie zadecydować, niepotrzebnie.
Jej wewnętrzny despota podjął decyzje w chwili w której Malfoy przekroczył próg ich domostwa.
Potem, na osobności z każdym z nich, mogła zbierać plony swojej decyzji - Wiedziała, że nie tu. Nie teraz.
Ruszyła śladem ojca, chcąc złapać blondyna za rękę, aby zachęcić go do podróży, a jednak nim to uczyniła, Baldwin przyciągnął ją ku sobie.
-W to nie wątpię, min Kaejre - odszepnęła z szelmowskim uśmiechem, przyglądając się blondynowi uważnie. Wyglądał nielegalnie, pachniał tak jak powinien, tak jak go zostawiła, tak jak powinno być.
Przegryzła wargę, widząc jego poczynania.
-Już nie mogę się doczekać - mruknęła zgodnie z prawdą. Musnęła wargami jego policzek, niechętnie się odsuwając, gdy ją wypuścił. Było to bezpieczne, słuszne, tak sobie wmawiała, nie mogąc oderwać od niego spojrzenia. Ty wyciągniesz konsekwencję za moje czyny, a jednak nim zdążysz to uczynić - ja pokaże Ci jak się kończy paradowanie przede mną w ten sposób - i Bogini mi świadkiem, że jedynie co Cię chroni to miejsce w którym jesteśmy i resztki rozsądku, które żarliwie panikują z tyłu głowy, rozpalając kolejno czerwone lampiony. Potem będziesz mógł mnie rozgrzeszyć z każdej z moich win, a ja grzecznie odpokutuje.
Zaprowadziła go do jadalni, grzecznie wchodząc jako pierwsza, siadając przy stole, czując się przy tym zaopiekowana - jak zawsze, gdy wychodzili gdzieś razem. Mogłaby nazwać to rutyną, a jednak każdy z tych drobnych gestów wywoływał ciepło, żadnego nigdy nie przeoczyła, zbierając każdy z nich, kolekcjonując skrupulatnie. Samemu Malfoyowi przychodziło to od zawsze tak naturalnie, zgrabnie - tak nieinwazyjnie, że jej niezależna dusza nigdy nie uznała tego jako coś złego, sztucznego, a wręcz przyjmowała jak komplement. Zresztą przy nim nie czuła potrzeby być silną i niezależną, jakoby bezpiecznie było pozwolić sobie taką nie być, opuścić gardę w domowym zaciszu na horyzontalnej - a to ostatnie dotyczyło każdej z jej twarzy.
A jednak czegoś zabrakło - dotyku, który zawsze był ukoronowaniem tego typu sytuacji. Wiedziała, że nie wypada. Pozwoliła sobie chociaż podążyć za nim spojrzeniem.
-Hm? - uśmiechnęła się pod nosem, sięgając po dzbanek aby nalać im picia, gdy oficjalnie mogli zacząć posiłek - Nie... - zapewniła, aby zaraz zerknąć na niego, gdy wspomniał o jej bracie - Nie, Charlie od momentu, gdy się wyprowadził zapomniał drogi do domu - dodała z krzywym uśmiechem. A jednak jak przykładny hipokryta potrafił zarzucić ją gradem oszczerstw - potrafi tylko szczekać z horyzontalnej - wyrwało jej się nim zdążyła ugryźć się w język. Uśmiechnęła się potulnie, jakoby miało to ugasić poprzednie słowa i sama nie do końca była pewna czy przed ojcem, czy Malfoyem, który zgrabnie starał się ugasić konflikt między nimi. Wiedział ile znaczył dla niej Charlie więc oczywistym było że reagowała mocniej, toteż znając jej upartość, sam chciał pchnąć ich ku sobie by pożar, który między nimi wybuchł - wygasł całkowicie. I wychodziło mu to całkiem zgrabnie, bo mimo komentarzy jakie jej się wyrywały, to jego działania odnosiły pożądany efekt.
-Moja kuzynka wyszła niedawno, powiadomiła o tym ciut za późno - delikatnie wzruszyła ramionami. Czy było jej szkoda, że nie było z nimi Sophii? Z jednej strony może trochę, mogłaby poznać Baldwina. Z drugiej jednak strony wręcz przeciwnie - z tego samego powodu. Nie lubiła się dzielić ani nim, ani jego uwagą zanadto, szczególnie jeśli chodziło o kobiety. A Sophii jako wzór cnót, chodzący ideał, przykład idealnej żony od zawsze, mimo wszystko, powodował w niej niewypowiedzianą irytację. I to nie była jej wina, nie chciała jej za to winić, ale nie potrafiła inaczej. Nie sądziła by była w jego guście, ale również nie chciała tego sprawdzać. A być może powinna?
-W sumie to dawno nie jadaliśmy wszyscy razem... - dodała. Jakby miała się nad tym dłużej zastanowić w chwili w której wszyscy przenieśli się do Londynu, tak też się rozbiegli. Każdy w innym kierunku. Była to naturalna kolej rzeczy, a jednak sądziła, że wspólne posiłki będą czymś nieco częstszym dopóki żaden z nich nie znalazł małżonka, nie miał dzieci, nie wierzyła w to by byli zajęci. Wymówki.
-Co byś zjadł? - Spojrzała na niego z jednej strony pytająco, z drugiej wyczekująco, a jej wzrok jasno sugerował, że jeżeli Malfoy nie zacznie sobie nakładać jedzenia to Scarlett go wyręczy.
Na stole można było znaleźć jajecznicę, kiełbaski, ale również talerzyki na których leżała pokrojona wędlina oraz warzywa, masło oraz oczywiście bułeczki. Sama Scarlett w duszy tęskniła za śniadaniami Agnarr. Smakowały domem, nostalgią, Norwegią. Przesunęła spojrzeniem po pustych krzesłach. Nie przeszkadzało, że są puste, chociaż nie tak dawno dom tętnił życiem. Powątpiewała by jeszcze zjedli wszyscy razem, a to coś za co jej bracia winni się wstydzić. A jednak miło by było gdyby dom, chociaż w pewnym stopniu, wypełnili ludzie. A kto wie... może gdyby sprowadzić innych członków rodziny to jej bracia w poczuciu odpowiedzialności również by się zjawili?
-A może byśmy zaprosili wuja Alexandra na śniadanie? - rzuciła luźno. Niezbyt dobrze znała część rodziny, może był to dobry czas, aby coś ruszyło w tej sprawie? Szczególnie teraz, gdy wuj Robert odszedł.
-Albo zorganizowalibyśmy jakiś obiad rodzinny. Można by zaprosić również prababcie Philomene... -dodała, smarując bułkę masłem. Nie znała za bardzo ich relacji, a jednak czy musieli się wszyscy kochać? z rodziną najpiękniej się wygląda na zdjęciach, a jednak kontakt z takową długoterminowo może przynieść korzyści. W dodatku Charlie, przed tym jak się pokłócili, wypowiadał się bardzo przychylnie o wuju, więc może informacja, że ten również będzie zadziałałaby jako wabik? W końcu głupio byłoby nie pojawić się na tego typu ceremonii rodzinnej - Mogłabym posłać zaproszenia... Rozsądnie jest dbać o kontakty... - wymruczała, nakładając na bułkę szynkę, sięgnęła po pomidora, osypała wszystko niewielką ilością soli, dokładając kanapkę na talerzyk Malfoya, co było dość abstrakcyjnym widokiem, gdyż Mulciber nie należała do najbardziej troskliwych osób. Sama nigdy nie gotowała, dla nikogo, a mimo to zdarzyło jej się na Horyzontalnej coś przygotować Baldwinowi. Po części za ten stan rzeczy winny był sam Baldwin, to on często drobnymi gestami okazywał opiekę, którą ta zaczęła odwzajemniać, mimo że nikt jej o to nie prosił, nikt od niej nie wymagał, przyszło to samo i zupełnie naturalnie.