Geraldine zawsze była zadowolona, że przyszło jej się urodzić właśnie w rodzinie Yaxley. Dzięki temu miała sporo możliwości, chociaż niektórzy uważali ich za dzikusów z lasu. Nie przeszkadzało jej to, jak ją widzieli, nigdy. Przecież inaczej zapewne aktualnie tkwiłaby w jakiejś wspaniałej rezydencji bawiąc urocze bombelki. Ojciec pozwalał jej na wiele, ku niezadowoleniu matki, w ich przypadku to ona była tym nie do końca wspierającym członkiem rodziny. Na szczęście nie miała szczególnego wpływu na jej życie, sporo też ułatwiał fakt, że potrafiła sobie owinąć Gerarda wokół palca od najmłodszych lat. Zawsze miała jego poparcie, bo dość szybko dostrzegł w niej potencjał. W Yaxleyównie zdecydowanie nie było widać tego, że drugą częścią jej rodziny byli Borginowie, ku jej zadowoleniu, bo miała świadomość, że ta część rodziny była dość specyficzna.
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszędzie było tak kolorowo. Wiedziała, że Longbottomowie byli im nieco zbliżeni podejściem do swoich potomków, nie bez powodu też to właśnie z nimi zdarzyło jej się nawet być na wakacjach. Każda rodzina miała swoje problemy, u niej pojawiły się one nieco później. Jej brat został wampirem, umarł na jej rękach, co było dosyć mocno problematyczne w ich kręgach, chyba nikt nie chciał się chwalić takim skandalem. Wzięła to na siebie, zresztą ostatnio brała na siebie coraz więcej, czego nigdy nie miała w planach. Dużo wygodniej było jej się trzymać z boku i zajmować swoimi własnymi sprawami. Niestety jej starszy brat od lat był nieobecny, więc te obowiązki spadły na nią. Chcąc nie chcąc, musiała brać na siebie obowiązki związane z utrzymaniem ich pozycji, chociaż nigdy nie sądziła, że ją to spotka, bo przecież była kobietą. To nigdy nie powinno zostać zrzucone na nią, a stało się zupełnie inaczej. Niby tak, czy siak mogła mieć możliwość odsunięcia się od tego, jednak czuła się nieco zobowiązana, aby tego nie robić. Wiedziała, że wiele zawdzięcza swojemu ojcu i nie chciała go zawieść. Właśnie przez to brylowała na salonach, chociaż nigdy nie była rasowa panną z wyższych sfer.
Aktualnie nie była w najlepszej formie, była rozbita, jej mentalność leżała okropnie, przez co podejmowała irracjonalne decyzje (jakby normalnie tego nie robiła). Nie była, aż takim dzikusem, ale samo to, że postanowili sobie urządzić na nich pułapkę, okropnie wyprowadziło ją z równowagi. Ten wieczór miał być przyjemny, spokojny, spędzony w zupełnie inny sposób. Wszystko trafił szlag.
Walka była wyrównana od samego początku, miał nad nią przewagę jeśli chodzi o masę, niestety Ambroise i jego koledzy byli kurewsko wyrośnięci (nie, żeby ona nie była). Mimo wszystko była zdecydowanie smuklejsza od Fenwicka, nie dało się obejść mankamentów związanych z anatomią.
No i w końcu jebła o podłogę, dość mocno. Nie miała na to większego wpływu. Na szczęście, nie był to jej pierwszy raz, kiedy przytrafiło jej się coś podobnego, takie sytuacje się zdarzały. Zresztą całkiem niedawno wylądowała w Mungu nim tylko rozpoczęła starcie ze swoim przyjacielem, bo się wyjebała na ten swój głupi ryj.
Wbrew pozorom nie musiała za każdym wygrywać, najważniejsze, że potrafiła ugryźć. Wyprowadziła go z równowagi, to oznaczało, że jej słowa w niego uderzyły, bardzo dobrze, następnym razem na pewno znowu nie będzie się hamować. Szczególnie, że wiedziała, że to działa.
Nie było szczególnie przyjemnym uczuciem to, że przygniatał jej aktualnie lewą rękę do ziemi. Mogła próbować się wyrwać i kontynuować to starcie, tylko po co? Nie robiło na niej wrażenia jego spojrzenie, sama miała kurwiki w oczach, jak zawsze w takie sytuacji. Mogło mu się wydawać, że ta lekcja coś przyniesie, ale było wręcz przeciwnie, Yaxleyówna miała chęć w przyszłości udowodnić, jak bardzo się mylił. Byleby tylko pojawiła się ku temu okazja.
- Pierdol się. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Nie kontynuowała jednak tego starcia, nie wierzgała się, chociaż w środku cała się gotowała. Na to przyjdzie jeszcze czas. Była mściwa, szczególnie jeśli przytrafiało jej się coś takiego.